Międzynarodowa koalicja nie ochroni Cieśniny Ormuz

Wbrew pozorom obecność większej liczby okrętów zachodnich chroniących Cieśninę Ormuz wcale nie musi zwiększyć bezpieczeństwa morskich linii komunikacyjnych na Bliskim Wchodzie, może jednak doprowadzić do ich całkowitego przerwania i to wcale nie ze względu na działania wojenne.

Zachodni specjaliści i opinia publiczna nie mają raczej wątpliwości, że tankowiec „Stena Impero”, płynący pod banderą Wielkiej Brytanii, został zatrzymany w Zatoce Ormuz przez Irańczyków 19 lipca 2019 r. w odpowiedzi na wcześniejsze aresztowanie przez Brytyjczyków tankowca „Grace 1” z irańską ropę dla Syrii, do czego doszło w pobliżu Gibraltaru 4 lipca 2019 r. .

Nie ma tu znaczenia, że władze w Teheranie oficjalnie oskarżają załogę brytyjskiego statku tylko o spowodowanie kolizji z niewielką łodzią rybacką, a więc o naruszenie prawa morskiego. W rzeczywistości balansująca na granicy legalności operacja brytyjskich komandosów (motywowana sankcjami nałożonym na rząd Bashara Assada przez Unię Europejską, do której Iran nie należy, i której zaleceń formalnie nie musi respektować) sprowokowała kontrreakcję irańskich żołnierzy, którzy w mundurach i z narodowymi oznaczeniami wykonali dokładnie taką samą operację. Niestety, zatrzymanie tankowca „Stena Impero” jeszcze bardziej zaogniło sytuację, powstałą na Bliskim Wschodzie po decyzji prezydenta Donald Trumpa o wycofaniu Stanów Zjednoczonych z umowy nuklearnej zawartej z Iranem i innymi członkami Rady Bezpieczeństwa Organizacji Narodów Zjednoczonych. Pierwszym sygnałem zbliżającego się zwarcia było spotkanie zorganizowane przez Amerykanów 19 lipca 2019 r. z ponad stu dyplomatami, w trakcie którego Amerykanie zaproponowali zbudowanie koalicji w ramach tzw. Operacji Sentinel, aby podzielić się ciężarem ochrony transportu ropy i innych towarów przez Cieśninę Ormuz.

Celem Operacji Sentinel jest promowanie stabilności morskiej, zapewnienie bezpiecznego przepływu i zmniejszenie eskalacji napięć na wodach międzynarodowych w Zatoce Arabskiej, Cieśninie Ormuz, Cieśninie Bab el-Mandeb i Zatoce Omańskiej… Ta sieć bezpieczeństwa morskiego pozwoli krajom na eskortowanie statków pływających pod ich banderą, a jednocześnie na korzystanie ze współpracy innych, uczestniczących w operacji krajów w celu koordynacji działań oraz zwiększenia morskiej świadomości sytuacyjnej.

Brian Hook – specjalny wysłannik USA do spraw Iranu

Takie wystąpienie wynikało z jasnych wytycznych prezydenta Donalda Trumpa, który nie chce już tak dużego, amerykańskiego zaangażowania w ochronę transportu ropy naftowej. Transport ten jest zresztą, według Waszyngtonu, zupełnie niepotrzebny Stanom Zjednoczonym, a przynosi zyski i tak już bogatym importerom z Bliskiego Wschodu i Azji (w tym przede wszystkim Chinom).

Paradoksalnie, amerykańska propozycja dotycząca Operacji Sentinel uzyskała natychmiast „wsparcie” ze strony… Iranu, który kilkanaście godzin później zaaresztował brytyjski tankowiec „Stena Impero”. I wtedy pomysł Amerykanów podchwyciła poprzedniczka nowego premiera Wielkiej Brytanii Borisa Johnsona – Theresa May, która w ostatnich dniach swojego urzędowania (zakończyła kadencję 24 lipca 2019 r.) zaproponowała stworzenie kierowanych przez Europę (Europe-led) sił do ochrony międzynarodowej żeglugi w Cieśninie Ormuz.

Choć Brytyjczycy oficjalnie zaprzeczają, by ich inicjatywa była powiązana ze zwiększającą się presją Amerykanów na Iran, to jednak pozostałe kraje zachodnie, właśnie z tego powodu, bardzo ostrożnie podchodzą do pomysłu zwiększania intensywności działań przy irańskich granicach. Rząd Niemiec niemal od razu, za pośrednictwem ministra spraw zagranicznych Heiko Maasa, podał, że decyzja o ewentualnym wzięciu udziału w „dowodzonej przez Europę” misji morskiej zapewniającej bezpieczną żeglugę przez Cieśninę Ormuz, zostanie podjęta, gdy cel takiej misji będzie dokładniej określony. Maas podkreślił przy tym, że „Niemcy nie wezmą udziału w amerykańskiej strategii „maksymalnej presji” („maximum pressure” strategy) wobec Iranu”.

Ostatecznie rząd niemiecki odmówił udziału w koalicji przygotowywanej przez Amerykanów, chcąc uniknąć wzrostu napięcia w regionie. Podobnie postąpili Japończycy, którzy nie widzieli sensu w przyjmowaniu antyirańskiego stanowiska Stanów Zjednoczonych i pływania pod amerykańskim patronatem.

Inne stanowisko przedstawił np. rząd duński uznając, że taka inicjatywa może pozytywnie wpłynąć na całą Europę i w związku z powyższym pozytywnie rozważa udział w siłach koalicyjnych. Minister obrony Danii Trine Bramsen od razu podkreśliła, że „królewska, duńska marynarka wojenna jest silna i skuteczna, mogłaby więc aktywnie uczestniczyć w tego rodzaju operacjach”. W podobny sposób odpowiedzieli również Włosi i trochę mniej entuzjastycznie Francuzi, dla których dostawy ropy i gazu przez Cieśninę Ormuz są sprawą strategiczną.

Czy eskorta okrętów wojennych może zabezpieczyć Cieśninę Ormuz?

Kiedy rząd Wielkiej Brytanii zaoferował eskortę brytyjskiej marynarki wojennej statkom pływającym przez Cieśninę Ormuz, początkowo zaproponowano jedynie eskortę fregaty HMS „Montrose” i to pod warunkiem, że statki („pojedynczo lub grupowo”) zgłoszą wcześniej takie zapotrzebowanie. Zaznaczono przy tym także od razu, że taka eskorta nie jest obowiązkowa i że Wielka Brytania ma ograniczone siły w tamtym regionie.

Później liczono, że po zwiększeniu liczby zachodnich okrętów eskortowych zabezpieczenie transportu w Cieśninie Ormuz stanie się łatwiejsze. Coraz więcej specjalistów (również w Stanach Zjednoczonych) wskazuje jednak, że międzynarodowa koalicja na morzu eskortująca tankowce w Cieśninie Ormuz nie jest w stanie powstrzymać wrogich działań ze strony Iranu – tym bardziej, że to państwo działa praktycznie na własnym terytorium.

Wynika to z kilku czynników. Najważniejszym jest brak szans, by do stałej ochrony Cieśniny Ormuz zaangażować tak dużą grupę państw, jak w przypadku operacji antypirackiej (w której biorą udział nawet okręty rosyjskie i chińskie). Eskorta będzie więc mogła być przydzielona najwyżej wybranym statkom i to też w ograniczonym zakresie. Trzeba bowiem pamiętać, że chodzi nie o pływanie na otwartym morzu i oceanie, gdzie można zabezpieczyć nawet kilkunastomilową strefę bez dostępu dla innych jednostek pływających, ale o przepłynięcie wąskiej Cieśniny Ormuz, gdzie taka strefa nie będzie mogła mieć nawet kilkuset metrów.

Przypomnijmy, że 19 lipca 2019 r. w pobliżu tankowca „Stena Impero” podobno znajdował się amerykański niszczyciel, który miał nawet polecić przez radio Irańczykom, by przerwali swoją akcję. Irańscy żołnierze jednak zignorowali ten rozkaz i zanim Amerykanie zdążyli podpłynąć bliżej, zajęli brytyjski statek oraz doprowadzili go do swojego portu Bandar Abbas.

Ale nawet gdyby amerykański okręt znajdował się znacznie bliżej, to i tak możliwość reakcji z jego strony byłaby bardzo ograniczona. Nie można bowiem zabronić irańskim jednostkom pływania na wodach terytorialnych Iranu i zawsze trzeba się liczyć z obecnością szybkich łodzi motorowych pod irańską banderą w pobliżu tankowców. Irańczykom wystarczy więc tylko płynąć z drugiej burty statku niż okręt eskorty, by w ciągu kilkudziesięciu sekund dostać się na jego pokład.

Podobny brak możliwości reakcji wystąpiłby też w przypadku przylotu nad jakiś tankowiec śmigłowca z irańskimi oznaczeniami wojskowymi. Jest mało prawdopodobne, by zachodnie okręty zdecydowały się zestrzelić taki helikopter, mając świadomość, że byłoby to faktycznym rozpoczęciem działań wojennych. Oczywiście, zajęcie tankowca „Stena Impero” zostało uznane przez Brytyjczyków za akt „piractwa państwowego”, jednak z punktu widzenia prawa międzynarodowego byłoby to prawda, gdyby Irańczycy działali skrycie. Oni jednak zajęli brytyjski tankowiec jawnie, ogłaszając to przez radio w czasie akcji abordażowej i wysyłając żołnierzy z dobrze widocznymi oznaczeniami państwowymi.

Prawdą jest, że Amerykanie, Brytyjczycy i inne państwa mogą „siłą”, za pomocą zwiększonej liczby okrętów, spróbować przeszkodzić Iranowi w tego rodzaju oficjalnych działaniach. Wtedy jednak może się okazać, że Irańczycy zaczną używać do blokowania Cieśniny Ormuz środki asymetryczne i to w taki sposób, by nikt im tego nie udowodnił. O tym, że jest to łatwe armatorzy przekonali się po trafieniu na tych wodach 13 czerwca 2019 r. kilkoma pociskami norweskiego tankowca „Front Altair” płynącego pod banderą Wysp Marshalla (o wyporności 111 tysięcy ton) i zaatakowaniu japońskiego gazowca „Kokuka Courageous”.

Nie ma znaczenia, że wszyscy obwiniają za to Teheran, jeżeli brak na to konkretnych dowodów. Na Bliskim Wschodzie wystrzelenie rakiety z brzegu nikogo już nie dziwi i trudno jest udowodnić, by działo się to za zgodą rządu, pod który podlega dane terytorium. Takich bezkarnych sposobów działania asymetrycznego w Cieśninie Ormuz jest zresztą więcej i ich zastosowanie przez Irańczyków może doprowadzić do rozpoczęcia drugiej wojny tankowców.

Wojna tankowców – to już było

O tym, co może się stać w Cieśninie Ormuz, gdy Iran poczuje się zagrożony, już raz się przekonano w czasie tzw. wojny o tankowce (w latach 1984-1988). Była ona częścią wieloletniego, iracko-irańskiego konfliktu zbrojnego, w którym oba państwa próbowały uderzyć również w gospodarkę przeciwnika, przerywając wydobycie i transport ropy (odcinając w ten sposób najważniejsze źródło dochodów).

Jak się okazało, „wojna tankowców” między dwoma państwami na wodach Zatoki Perskiej dotknęła również inne kraje, w tym przede wszystkim Kuwejt, który pozwolił Irakowi na korzystanie ze swoich portów i floty zbiornikowców. Ataki na statki cywilne były prowadzone przez obie strony, ale szczególną aktywność przejawiało irackie lotnictwo, wykorzystując do tego przede wszystkim francuskie samolot Mirage F1EQ i rakiety przeciwokrętowe AM 39 Exocet.

Próbę osłony morskich linii komunikacyjnych w rejonie Zatoki Perskiej podjęli Amerykanie, Francuzi i Brytyjczycy, nie tylko konwojując transportowce ale pozwalając m.in. na podniesienie amerykańskiej bandery i zmianę nazwy przez jedenaście kuwejckich tankowców. Atakowane były również okrety, w tym amerykańska fregata USS „Stark” trafiona w 1987 roku przez dwie rakiet AM 39 Exocet, (zginęło w sumie 37 marynarzy).

Zwiększona obecność okrętów innych państw przyniosła, tak naprawdę, skutek odwrotny do zamierzonego. W odpowiedzi na zablokowanie (lub topienie) swoich okrętów Irańczycy zaczęli bowiem minować wody Zatoki Perskiej i Cieśniny Ormuz, jak również wykorzystywać do atakowania transportowców niewielkie łodzie pływające – w tym przede wszystkim tzw. Boghammary uzbrojone w karabin maszynowy kalibru 12,7 mm lub kilkulufową wyrzutnię rakiet niekierowanych Typu 63 kalibru 107 mm.

Ofiarą tego typu działań była m.in. kolejna amerykańska fregata USS „Samuel B. Roberts”, która poderwała się na minie 14 kwietnia 1988 r. (rannych zostało 10 marynarzy). Napięcie w tym rejonie przyniosło także całkowicie niewinne ofiary – amerykański krążownik USS „Vincennes” zestrzelił w dniu 3 lipca 1988 r. pasażerski samolot Air 655 irańskich linii lotniczych. Zginęło wtedy 270 osób załogi i pasażerów.

Czy bez Iranu można zapewnić bezpieczeństwo ruchu morskiego w Cieśninie Ormuz?

Decyzja o stworzeniu okrętowych sił koalicyjnych do ochrony ruchu statków w Cieśninie Ormuz jest działaniem czysto politycznym i w rzeczywistości nie zapewni bezpieczeństwa na tak ważnym dla handlu międzynarodowego szlaku morskim. Bez pomocy państw, na wodach których przebiega dany tor wodny (Oman, Zjednoczone Emiraty Arabskie oraz Iran), jest to – po prostu – niemożliwe.

Tylko bowiem te państwa mają możliwość nadzorowania ruchu blisko wybrzeża i działań z brzegu, które nie są regulowane prawem morskim, a mogą przynieść bardzo duże perturbacje w ruchu statków. Kraje te zresztą wcale się od tego nie uchylają. Szczególnie Iran podkreśla, że cały czas przygotowuje się do tego rodzaju zadań ćwicząc swoją marynarkę wojenną oraz siły nawodne Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej. Co więcej, zaprasza do tego rodzaju operacji inne państwa, o czym świadczą planowane na jeszcze ten rok rosyjsko-irańskie manewry morskie w rejonie Cieśniny Ormuz.

Cały świat powinien być wdzięczny Gwardii Rewolucyjnej za utrzymanie bezpieczeństwa w Cieśninie Ormuz.

Hassan Rouhani – prezydent Iranu

Dlatego Iran jest przeciwny planom stworzenia na tym akwenie europejskich sił eskortowych do ochrony ruchu statków. Irański wiceprezydent,Eshaq Jahangiri wprost zaznaczył, że jakakolwiek międzynarodowa koalicja na rzecz ochrony „wód regionu” nie zmieni niczego na lepsze, tylko zwiększy niepewność.

Irański minister spraw zagranicznych Mohammad Javad Zarif, gratulując w liście Borisowi Johnsonowi wyboru na stanowisko premiera Wielkiej Brytanii, nie omieszkał podkreślić, że: „Iran nie dąży do konfrontacji. Ale mamy 1500 mil wybrzeża Zatoki Perskiej. To są nasze wody i my będziemy je chronić”.

Przy tak jasnym stanowisku nie można więc zablokować jednostek pływających Iranu we własnych portach i nawet Amerykanie muszą się godzić na ich obecność w pobliżu własnych okrętów. Tak jest również w przypadku najbardziej wrażliwych jednostek, jak np. lotniskowce i śmigłowcowce. Wystarczy tylko przypomnieć, w jakich warunkach płynął duży okręt desantowy USS „Boxer” tuż przed strąceniem przez niego irańskiego samolotu bezzałogowego w Cieśninie Ormuz 18 czerwca 2019 r.

Wcześniej koło tego śmigłowcowca swobodnie latały w niewielkiej odległości: helikopter irańskiej wojennej i samolot patrolowy Harbin Y-12, później zbliżył się do niego konwój irańskich szybkich łodzi motorowych oraz pojedynczy okręt sił morskich Iranu (który w pewnym momencie znalazł się w odległości 500 metrów od amerykańskiego okrętu).

Nie ma w tym zresztą nic dziwnego, ponieważ w Cieśninie Ormuz zawsze był bardzo duży ruch statków, a dodatkowo z zasobów morza korzystają tam trzy państwa leżące obok: Oman, Zjednoczone Emiraty Arabskie oraz Iran. Cieśnina ta w swoim najwęższym miejscu ma 54 km szerokości, a więc przepływające tam tankowce i inne transportowce muszą się liczyć z obecnością bardzo dużej liczby niewielkich, często prymitywnych jednostek rybackich, którym towarzyszą omańskie, irańskie i arabskie okręty.

I to właśnie z jedną z takich łodzi rybackich miał się zderzyć „przypadkowo” na międzynarodowym torze wodnym brytyjski tankowiec „Stena Impero”.

Jak przerwać ruch w Cieśninie Ormuz?

Gdyby Iran rzeczywiście dążył do tego, przerwanie transportu ropy z Zatoki Perskiej nie sprawi mu żadnego problemu. Cieśnina Ormuz jest bowiem wprost idealnym miejscem do prowadzenia wojny hybrydowej. Pomaga w tym nie tylko sama sytuacja geopolityczna, ale również nowe technologie dostępne obecnie dla wszystkich podmiotów przygotowujących się do działań asymetrycznych. W drugiej „wojnie tankowców” znowu więc mogą płonąć statki transportowe, tylko, że w odróżnieniu od konfliktu z lat osiemdziesiątych nikt nie będzie w stanie udowodnić, kto stoi za atakami.

Widać to już w tej chwili, gdy nikt nie jest w stanie znaleźć winnych ostatnich ataków na statki transportujące ropę w rejonie Cieśniny Ormuz. I nawet film opublikowany przez Amerykanów, pokazujący irańskich żołnierzy na łodzi motorowej, usuwających coś z burty jednego z tankowców, nie był dostatecznym potwierdzeniem, że chodziło o usuniecie dowodu, jakim był niewybuch miny magnetycznej.

Wskazanie na Irańczyków nie będzie proste, nawet w przypadku zaatakowania tankowców bronią rakietową. Sytuacja zmieniła się tu wyraźnie od lat osiemdziesiątych, gdy Iran wykorzystał do terroryzowania statków cywilnych kilka rakiet Silkworm wystrzelonych z baterii nadbrzeżnych. Wtedy od razu wiadomo było, kto stoi za tymi atakami. Silkwormy  były bowiem bardzo starymi pociskami przeciwokrętowymi (chińska wersja radzieckich rakiet P-15) – były łatwe do wykrycia i zestrzelenia, dodatkowo z rozbudowaną strukturą baterii rozwiniętej na brzegu – łatwej do zlokalizowania i wyeliminowania.

Obecnie rakiety przeciwokrętowe mogą być odpalane z pojedynczych wyrzutni samochodowych, do których dane o celach można przekazać za pomocą telefonu komórkowego z punktu obserwacji wzrokowej. Udowodnienie irańskiemu rządu intencyjnego wykonania takiego ataku jest więc praktycznie niemożliwe. Rakiety takie są bowiem łatwo dostępne – w tym dla terrorystów, na których zawsze można zrzucić winę – tym bardziej, że nad częścią takiego uzbrojenia utracono kontrolę po powstaniu tzw. Państwa Islamskiego.

Najłatwiejszym środkiem na przerwanie ruchu w Cieśninie Ormuz są miny. Obecnie nie ma możliwości całkowitego wyeliminowania tego zagrożenia. Stawianie min może się bowiem odbywać nawet z nie wyspecjalizowanych jednostek – w tym statków cywilnych.

Wystarczą do tego jedynie drobne przeróbki, o czym Amerykanie przekonali się 23 marca 2003 roku w czasie rutynowej kontroli irackiego holownika. Amerykańscy komandosi wykryli wtedy, że holowany przez ten holownik metalowy ponton jest przystosowany do zakamuflowanego przewożenia min (pod wyciętymi w odpowiedni sposób pustymi beczkami na paliwo i pod pokładem) oraz do ich stawiania – i to zarówno do stawiania min najprostszych – kotwicznych, jak i dennych, tutaj najnowszych, wykonanych w technice stealth – typu Manta.

Obecnie do minowania można też wykorzystać łodzie motorowe, kutry rybackie, jak również działające zupełnie poza kontrolą niewielkie okręty podwodne. I nie przeszkodzą w tym także drastycznie zwiększone siły ochrony. Nawet bowiem jeżeli taka mina zostanie odnaleziona, to nikt nie udowodni Iranowi, że to on stoi za jej postawieniem. Może to bowiem obecnie zrobić każda jednostka przepływająca przez Cieśninę Ormuz. Każdego dnia mamy więc setki podejrzanych.

W takiej sytuacji wystarczy jedynie jeden wybuch na torze wodnym, by poza okrętami eskorty trzeba było również wysłać na wody zatoki Perskiej i Omańskiej okręty przeciwminowe. Ich cechą charakterystyczną jest jednak niewielka prędkość przy poszukiwaniu min – do 5 węzłów. Tymczasem tankowce przez Cieśninę Ormuz przechodzą nawet z prędkością 15 w (średnio około 10-12 węzłów). Oznacza to więc nie tylko spowolnienie transportu morskiego w regionie, ale również trudności logistyczne (niszczyciele min to jednostki o kilkudniowej autonomiczności i małym zasięgu).

Równie łatwym sposobem zakłócenia ruchu statków w Cieśninie Ormuz jest użycie niewielkich łodzi pływających. Można mieć do Iranu pretensje o wiele rzeczy, ale to dzięki jego siłom nawodnym nie doszło w Cieśninie Ormuz do takich aktów terroru, z jakimi mieli do czynienia Amerykanie na niszczycielu USS „Cole” 12 października 2000 roku w Jemenie. Przeszkodzenie Irańczykom w kontrolowaniu niewielkich jednostek pływających może doprowadzić do sytuacji, że na torze ruchu nieuzbrojonych tankowców zaczną się pojawiać łodzie wypełnione materiałem wybuchowym.

Zupełnie nowym środkiem prowadzenia działań hybrydowych są systemy bezzałogowe. Dostęp do nich – szczególnie jeżeli chodzi o drony powietrzne – jest praktycznie nieograniczony i nawet jeżeli śmigłowcowiec USS „Boxer” sobie z nimi poradził, to tankowiec nie ma już żadnych możliwości obrony. Również w tym przypadku Iran bez problemu kontroluje obecnie ruch bezzałogowców nad torami wodnymi. Przeszkodzenie mu w tym może się bardzo szybko zemścić.

Wiedząc o tych wszystkich uwarunkowaniach, wielu analityków i wojskowych specjalistów krytykuje pomysł wysłania większej liczby okrętów w rejon Cieśniny Ormuz. Uważają oni, że takie działanie przed zakończeniem negocjacji dyplomatycznych może tylko doprowadzić do wzrostu napięcia w regionie i rzeczywiście wprowadzić perturbacje w ruchu morskim. Na bazie doświadczeń z Syrii, Afganistanu i Iraku wskazuje się dodatkowo, że koalicje prowadzone przez Amerykanów nie zawsze wykonują założone cele i nigdy nie usuwają pierwotnych przyczyn problemów i konfliktów.

MAKSYMILIAN DURA

Poleć Dziennik Polityczny na Facebooku:

Dzielić się ze znajomymi!

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*