Nie ustają kontrowersje wokół koreańskich samolotów dla Polski

Lipiec 2022 r. przejdzie do historii. Chyba nigdy nie padło tak wiele rządowych deklaracji dotyczących rozbudowy armii oraz nowych umów na zakup uzbrojenia za ogromne pieniądze, podpisywanych czasem niemal hurtowo. Stare pozostają jedynie wątpliwości, których – mimo imponującego rozmachu polskich zbrojeń – wciąż nie brakuje. Te ostatnie dotyczą zakupu uzbrojenia z Korei Południowej…

Dość niespodziewanie Korea Południowa awansowała do miana drugiego po Stanach Zjednoczonych strategicznego militarnego (dostawy) partnera Polski. Choć to prężnie rozwijający się kraj z wiodącą technologią, świetnie wyposażoną armią oraz sojusznik USA, to ostatnie zakupy, wiążące Polskę mocno geopolitycznie z Pacyfikiem, zaskoczyły wojskowych i komentatorów.

Dotyczy to zwłaszcza zakupu koreańskich maszyn zaawansowanego szkolenia taktycznego FA-50 Fighting Eagle.

Kiedy Mariusz Błaszczak, wicepremier i minister obrony narodowej, zapowiadał zakup kolejnych eskadr samolotów, analitycy wojskowi wskazywali, że prawdopodobnie będą to używane myśliwce F-16, może FA-18 Super Hornet, JAS 39 Gripen, a nawet F-15. Za dobre rozwiązanie uznano też dokupienie większej liczby maszyn V generacji F-35. Stanęło na samolotach koreańskich…

– Obecnie nie ma możliwości pozyskania nowych F-16 ze względu na politykę producenta, który skupił się na F-35. Wielokrotnie rozmawiałem na ten temat z naszymi amerykańskimi partnerami. My nie możemy czekać, a dostawy FA-50 będą już w przyszłym roku – uzasadniał wybór Mariusz Błaszczak, minister obrony narodowej.

Szkoleniowy i bojowy

Nie wszyscy się z tym zgadzają. Zanim jednak spróbujemy odpowiedzieć dlaczego, przypomnijmy, co to za samolot. Z zastrzeżeniem, że podobnie, jak przy wielu wcześniejszych kontraktach dla wojska, nie znamy wielu szczegółów.

FA-50, który powstał w ramach wspólnych prac Korean Aerospace Industries i Lockheed Martin, to rozwinięta wersja (bardziej „ubojowiona”) samolotu szkolnego T-50 Golden Eagle.

Koreańczycy latami zabiegali o zakup tej maszyny przez Polskę, oferując nam dwukrotnie T-50 w przetargach na samoloty szkoleniowe w 2010 i 2012 r. Wybraliśmy M-346 Master, nazywany Bielikiem.

FA-50 ma 13 m długości, a rozpiętość skrzydeł 9,4 m, jego masa startowa to ok. 12 ton. Napędzany jest koreańskim silnikiem F404, produkowanym na licencji General Electric, który pozwala maszynie rozwinąć prędkość ok 1,5 Mach. Jego maksymalny pułap to ponad 14 km, a zasięg – 1,8 tys. km.

Uzupełnienie samolotów F-16

Maszyna prezentowana jest jako lekki samolot bojowych (LCA – light combat aircraft). Będzie uzupełnieniem dla samolotów F-16 i kupionych przez Polskę maszyn wielozadaniowych F-35, wypełniając zadania wsparcia pola walki, podczas gdy za przewagę w powietrzu będą odpowiadać F-16, a F-35 – za rozpoznanie i wyznaczenie priorytetowych celów.

Według gen. pil. Dariusza Wrońskiego, byłego dowódcy 1. Brygady Lotnictwa Wojsk Lądowych, to dla Polski bardzo korzystny zakup.

– FA-50, w docelowej wersji FA-50 PL, będzie jednym z najnowocześniejszych samolotów tej klasy na świecie – uważa generał. – Pilot wchodząc do kabiny, znajdzie nowoczesny kokpit, zaawansowane technicznie i technologicznie wyposażenie awioniczne i łączności w takim stopniu, jak mają to samoloty F-16 czy przyszłościowo F-35. Taki samolot będzie doskonale przygotowywał pilotów w pewnych elementach do lotów na tych maszynach.

Waga szkolenia

Podkreśla, że – po odpowiedniej konfiguracji – w przyszłości, w wersji FA-50 PL będzie maszyną, która nie tylko pobije o kilka poziomów naszą TS-11 Iskra, ale będzie samolotem szkolno-bojowym, a nawet – po zaplanowanej już prawdopodobnie modernizacji – stanie się bez mała samolotem szturmowym.

– Jeśli będzie to samolot nowej generacji, z nowymi systemami to dostaniemy nowoczesną maszynę, która do tego będzie powstawała w kraju – podkreśla.

Uważa, że samoloty te powinny być przy jednostkach bojowych, by piloci mogli z nich korzystać do codziennego doszkalania, utrwalania nawyków. Na tych maszynach będzie to znacznie tańsze niż np. na F-16.

Godne najnowszych standardów jest też uzbrojenie docelowej wersji FA-50 PL. Wyjaśnijmy, że samoloty te kupimy w dwóch etapach. Pierwsze 12 w standardzie Block 10, które mają trafić do Polski w połowie 2023 r., wyposażone są, zdaniem specjalistów, w nienajlepszy radar, o zbyt małym zasięgu, co ogranicza wykorzystanie uzbrojenia kierowanego.

Na dostawy trochę poczekamy

Następne 36 maszyn, które mamy otrzymać po 2025 r. w wersji docelowej FA-50 PL Block 20, będą posiadać zwiększone zdolności operacyjne. Do tej wersji mają też być zmodyfikowane maszyny zakupione w pierwszym etapie.

Samolot uzbrojony w działko 20 mm General Dynamics A-50, zabierze ok. 3,8 t uzbrojenia. W docelowej konfiguracji, kiedy samoloty otrzymają radar AESA, lepsze uzbrojenie oraz zasobniki celownicze, będzie przenosił najnowocześniejsze pociski krótkiego zasięgu AIM-9X Sidewinder, powietrze-powietrze średniego zasięgu AIM-129 AMRAAM, jak też naprowadzane laserowo bomby GBU-12 Paveway II. Będą też wyposażone w systemy identyfikacji “swój-obcy” (IFF).

– Przy takiej liczbie różnorodnego uzbrojenia to dobry prognostyk dla samolotu wsparcia pola walki. Jeśli dołożymy do tego radar kierowania ogniem oraz Link-16, co pozwali “wpiąć” je w polskie i natowskie systemy dowodzenia, o co zawsze wnioskowali dowódcy wojskowi, to możliwe będzie współdziałanie z lotnictwem od szczebla dowódcy kompanii po szczebel operacyjny – wyjaśnia gen. Wroński.

Jego zdaniem zakup 48 takich samolotów to jest dla nas minimum – i bardzo dobrze się stało, że najnowsze technologicznie dziecko lotniczej współpracy koreańsko-amerykańskiej trafi do Polski.

– Będzie on brylował wśród podobnych samolotów tej klasy na polu walki – dodaje Wroński.

F-16 wciąż potrzebne

Jest też jednak druga strona tego medalu. Cześć specjalistów wojskowych uważa, że możliwości tych maszyn są znacznie mniejsze, w porównaniu z samolotami skonstruowanymi do wykonywania złożonych, powietrznych misji bojowych.

FA-50 nie są i nigdy nie będą pełnoprawnymi myśliwcami; mają zbyt małą prędkość, zbyt mały pułap, zbyt mały zasięg, zbyt małą prędkość wznoszenia, zbyt małą zwrotność i zbyt mały nosek, w którym nie zmieści się radar odpowiednio dużej mocy; to maszyny szkolne, “upudrowane” tak, żeby wyglądały na samoloty posiadające jakieś możliwości bojowe; to erzac potrzebnych SP RP trzech eskadr F-16  – yaki F-16 dla krajów 3 świata. Oto garść opinii przeciwników zakupu.

Do tego FA-50 jest samolotem, którego możliwości przypominają używane już przez polskie lotnictwo maszyny szkoleniowe M-346 Bielik.

Każda maszyna ma plusy i minusy

Pomińmy analizy techniczne i rozważania o wyższości jednej konstrukcji nad drugą. Każda maszyna ma przecież jakieś plusy i minusy. Pewne porównania, jak i nasuwające się pytania, wydają się jednak wskazane dla wyjaśnienia obaw.

Obecnie Polskie Siły Powietrzne posiadają 12 maszyn M-346 Bielik, kupionych za ok. 1,17 mld zł. Pod koniec 2018 r. MON ogłosiło zakup czterech dodatkowych M-346. Jak podkreśliło, to jedne z najnowocześniejszych samolotów szkoleniowych na świecie, a Leonardo zobowiązał się dostarczyć te samoloty do końca października 2022 r.

Według Mariusza Błaszczaka, obecnie używane M-346 mają zbyt niski wskaźnik dostępności.

– Kilkakrotnie sygnalizowałem tę sprawę mojemu włoskiemu odpowiednikowi. Dlatego zdecydowaliśmy się na FA-50, który pozwoli zwiększyć liczbę podchorążych, którzy będą szkolić się w Wyższej Szkole Sił Powietrznych RP, a także wykonywać niektóre misje NATO – mówił wicepremier i szef MON.

Racje drugiej strony

Z drugiej strony słyszymy argumenty, że problemy techniczne M-346 były, ale parę lat temu: choroby wieku dziecięcego, które zostały rozwiązane. Piloci i instruktorzy chwalą sobie te maszyny.

– Samolot M-346 w stu procentach spełnia wymogi szkoleniowe, jakie są stawiane przed młodymi pilotami, którzy w przyszłości rozpoczną szkolenie na F-16 czy F-35 – zapewniał niedawno gen. bryg. pil. Grzegorz Ślusarz, dowódca 4. Skrzydła Lotnictwa Szkolnego.

Jego zdaniem system zaawansowanego szkolenia AJT (Advanced Jet Trainer), stosowany w 4. Skrzydle Lotnictwa Szkolnego w Dęblinie, to jeden z najnowocześniejszych programów współczesnego kształcenia pilotów na świecie.

Nasi rozmówcy zwracają też uwagę, że kupiliśmy od Koreańczyków część samolotów w wersji Block 10, z radarem do wymiany, kiedy Mastery mają radary z anteną AESA już od czterech lat.

Do tego, jeśli chodziło o zakup lekkich samolotów bojowych, to Leonardo zaproponował nam M-346FA (Fighter Attack), zdolny do przenoszenia szerokiej gamy uzbrojenia, co daje możliwości maszyny wielozadaniowej, w tym misji bliskiego wsparcia powietrznego. Ponieważ mamy Mastery, to przejście na nowe maszyny byłoby proste i tanie.

Inny problem z FA-50 to, że pierwsze 12 maszyn otrzymamy w połowie przyszłego roku, a dostawa pozostałych 36 zacznie się dopiero od 2025 r. i będzie trwała 2-3 lata. Z informacji, jakie otrzymało WNP.PL od firmy Leonardo, wynika natomiast, że mogą produkować cztery lekkie maszyny bojowe w miesiącu.

To 48 samolotów rocznie, czyli tyle, co kupiliśmy od Korei i które dostaniemy dopiero za lat kilka. Gdyby więc rzeczywiście aż tak nam się spieszyło, to powinniśmy kupić samoloty włoskie.

Obaw jest więcej

Tych obaw jest więcej, jak choćby ta dotycząca dywersyfikacji dostaw. Jeśli jednak będziemy sprowadzać uzbrojenie z regionu, gdzie wciąż rośnie napięcie miedzy Chinami i Stanami Zjednoczonymi, to jeżeli coś się wydarzy – co wtedy?

Nie wszystkich uspokoi deklaracja gen. dyw. Jacka Pszczoły, inspektora sił powietrznych, który przed ogłoszeniem umowy z Koreańczykami mówił, że nie ma się co obawiać, ponieważ w F-16 i FA-50 zastosowano wiele wspólnych rozwiązań, co – w przypadku zakłóceń – zapewnia dwa łańcuchy dostaw uzupełniające się: koreański i amerykański.

Nie znamy szczegółów transakcji ani negocjacyjnych ustaleń co do polonizacji południowokoreańskiej maszyny, ale wydaje się, że o jej zakupie przesądziła cena oraz możliwość produkowania – przynajmniej w części – tych samolotów w Polsce. Czy najwyraźniej też unikamy współpracy z naszymi europejskimi sojusznikami?

Dyskusja szybko się nie skończy

MON deklaruje zakup kolejnych eskadr samolotów bojowych. Wydaje się, że na temat modernizacji lotnictwa SZ dyskusja szybko się nie skończy… Czas pokaże, czy będziemy mieć silne lotnictwo na miarę dzisiejszych chęci i deklaracji.

Skoro mamy do takiego szkolenia odpowiednie maszyny, niezbędną infrastrukturę i zakupione w ramach aplikacji AJT komputerowe systemy wspomagania szkolenia, różnego rodzaju symulatory lotu i katapultowania oraz trenażery, to po co kupować kolejną?

Generał Pszczoła dodał, że Koreańczycy zapewniają, iż pilot FA-50 potrzebuje sześciu godzin na samodzielny lot, by przesiąść się na F-16. Przełożyłoby się to również na dwukrotnie niższe koszty szkolenia pilotów na F-16 lub F-35.