Program Dudy kosztowałby miliardy

b_360_240_16777215_00_images_00001a274646.jpg

Propozycje kandydata PiS: dobra diagnoza, nierealne recepty.

 

Analiza postulatów głównych kandydatów na prezydenta – Bronisława Komorowskiego i Andrzeja Dudy – rodzi mieszane uczucia. Z jednej strony są zgodni co do ważnych priorytetów dla państwa. To dobrze, bo ich diagnoza wskazuje najważniejsze wyzwania, jakie stoją przed Polską. Nie odnoszą się, jak inni kandydaci, do rzeczy drugorzędnych lub szkodliwych – takich jak rewolucja światopoglądowa czy walka z Kościołem.

Jednak z drugiej strony kandydat PiS obiecuje rzeczy kosztujące – jak wynika z naszych szacunków – kilkadziesiąt miliardów złotych, nie wspominając, skąd wziąć na to pieniądze. Za to obecna głowa państwa, poza sprawami na rzecz polityki rodzinnej, robi niewiele. Trudno też uwierzyć, że znajdzie w sobie siłę, by zdopingować rządzącą Platformę do porzucenia zgubnej polityki ciepłej wody w kranie, która nie odpowiada na wyzwania, jakie identyfikuje urzędujący prezydent.

Umowa z obywatelami

Na razie najwięcej konkretów programowych przedstawił Andrzej Duda. Zaprezentował je podczas sobotniej konwencji. Populistyczne deklaracje mieszają się tutaj ze słusznymi postulatami i bardzo dobrą diagnozą problemów stojących przed Polską. Ta ostatnia kwestia przedstawia się najlepiej. Rodzina, praca, bezpieczeństwo i dialog – to mają być priorytety prezydentury Dudy, i faktycznie to sprawy, które są kluczowe dla przyszłości kraju. Nikogo nie trzeba przekonywać, że demografia, rozwój oparty na prostych pracach i niskich płacach oraz mała liczba rodzimych globalnych firm, wyzwania związane z agresją Rosji czy deficyt zaufania obywateli do państwa – to kwestie naprawdę kluczowe.

Co ciekawe, na tych samych filarach wspiera swoją prezydenturę Bronisław Komorowski. Choć jego przedstawiciele zarzucili Dudzie plagiat, można to traktować w kategoriach humoreski. Co do kluczowych wyzwań panuje dość powszechna zgoda w debacie publicznej i trudno, by głowa państwa miała na nie monopol. Współpracownicy prezydenta, zamiast wykorzystać wystąpienia Dudy do przekonania Polaków: cieszymy się, że zgadza się z nami, my mówiliśmy to jako pierwsi (jesteśmy mądrzejsi), brną w groteskową licytację praw autorskich do problemów powszechnie znanych.

Ciekawy jest zabieg kandydata PiS, by podpisać z Polakami dziesięciopunktową umowę. Punkt 3 brzmi: „Będę prezydentem, który przywróci Polakom zaufanie do państwa i poczucie godności". Naszym problemem jest to, że państwo stało się wobec obywateli hegemonem, stawiając na głowie porządek rzeczy, w którym podmiotem jest naród, a państwo służy realizacji interesów obywateli. Duda ujmuje to w tak: „Dzisiaj w Polsce mamy władzę, która boi się silnych, ale nie waha się uderzyć w najsłabszych".

Jak utopić państwo

Niedobrze brzmią, niestety, konkretne propozycje programowe Dudy. Choć wiadomo, że kandydatowi na prezydenta wolno więcej – nie musi uwypuklać sprawy trudnych reform, może niekiedy obiecywać złote góry – to jednak zapowiedzi Andrzeja Dudy muszą budzić niepokój u każdego, kto choć trochę wie, jak wyglądają finanse państwa.

Prześledźmy najważniejsze propozycje. Duda obiecuje powrót do poprzedniego wieku emerytalnego. Ile to będzie kosztować? Z uzasadnienia ustawy podnoszącej wiek emerytalny wynika, że tylko w latach 2015–2020 (najbliższa kadencja prezydencka) budżet oszczędza z tego tytułu 45 mld zł (w dzisiejszej wartości złotych). Zatem takie pieniądze musiałyby się znaleźć w kasie państwa.

Można oczywiście rozmawiać o tym, czy nie modyfikować reformy – na przykład wprowadzając cenzus czasu pracy, który uprawniałby do odejścia na świadczenie bez względu na wiek – ale stawianie wyłącznie postulatu: cofnę, bo teraz „emerytura jest jak zasiłek przedśmiertny" oraz że Polacy będą „pracować aż do śmierci", brzmi populistycznie. Zwłaszcza gdy spogląda się na statystyki trwania życia.

Idźmy dalej. Podniesienie kwoty wolnej od podatku. Choć postulat jest słuszny – państwo polskie opodatkowuje nawet dochód niezbędny do przeżycia – jego wprowdzenie kosztowałoby rocznie (takie są szacunki resortu finansów) ok. 12–14 mld zł. I to gdyby podnieść ją do niezbędnego minimum. Łącznie za okres prezydentury daje to 60 mld zł. Andrzej Duda powinien mówić o nadmiernym fiskalizmie, ale nie da się podnieść tej kwoty z dnia na dzień, bez znalezienia w budżecie oszczędności.

Kolejny postulat to wypłata 500 zł miesięcznie na wszystkie dzieci w niezamożnych rodzinach oraz na drugie i kolejne w rodzinach zamożniejszych. Trudno dokładnie oszacować koszt takiego rozwiązania, ale jeśli weźmiemy pod uwagę, że będzie ono wypłacane połowie dzieci w wieku 0–18 lat, budżet musiałby przeznaczyć na nie 21 mld zł rocznie. W ciągu pięciu lat – ponad 100 mld zł.

Także tutaj: zgoda, że rodziny powinny być docenione przez państwo. Propozycje te powinny być jednak bardziej wyważone i przystające do realiów. Na stole jest np. postulat zgłaszany przez Związek Dużych Rodzin, by takie świadczenie wypłacać przez dwa lata rodzicom zajmującym się dziećmi, które skończyły rok (koniec urlopu macierzyńskiego), a które nie poszły jeszcze do przedszkola. To newralgiczny okres opieki nad małym dzieckiem. Wtedy koszt takiego wsparcia wyniósłby ok. 4,5 mld zł rocznie.

Równocześnie Andrzej Duda chce, by polskie rodziny miały „zapewniony dostęp do żłobków i przedszkoli". Brzmi dobrze, ale na to, by tak się stało, potrzeba kolejnych kilku miliardów złotych rocznie. Razem daje to kolejne 20 mld zł w ciągu pięciu lat prezydentury.

Są też w propozycjach kandydata bliżej nieokreślone i niepoliczalne propozycje „uwzględnienia w wysokości emerytur faktu wychowywania dzieci", program mieszkaniowy dla młodych, fundusz wsparcia zatrudnienia. Wszystko to kosztowałoby astronomiczną kwotę sięgającą w ciągu najbliższych pięciu lat ok. 250 mld zł.

Pominięte wyliczenia

Postulaty Andrzeja Dudy dotyczą ważnych wyzwań. Poza obniżeniem wieku emerytalnego są też, co do zasady, godne uwagi. Jednak kandydat na prezydenta, który je zgłasza, a który równocześnie nic nie mówi o poszukiwaniu oszczędności, wręcz przeciwnie – deklaruje raczej utrzymanie przywilejów – musi zdawać sobie sprawę, że ktoś zapyta go, skąd wziąć pieniądze. W wystąpieniu Dudy pojawia się wątek opodatkowania wielkiego kapitału (banków) oraz tych firm zagranicznych, które w Polsce niemal nie płacą podatków. To dobry kierunek myślenia. Problem w tym, że nie przyniesie to kilkudziesięciu miliardów złotych rocznie.

Łatwo jest budzić nadzieję. Łatwo jest rozdawać wirtualne pieniądze. O wiele trudniej powiedzieć później, że nie ma ich skąd wziąć.

Bartosz Marczuk

Komentarze  

#2 Malwinnka 2015-04-14 11:50
Taaak oczywiście:) Czepiać się kosztów, które zmieniłyby Polskę na o wiele lepszą. Czyli co? Lepiej siedzieć i nie robić nic? Wtedy kosztów nie będzie. I zmian też nie. I rozwoju też nie. Trzeba trochę poświęcenia i ryzyka, a może wreszcie coś zmieni się w tym chorym kraju. Może jak ludzie zarobiliby 3000zł na rękę, to daliby zarobić kosmetyczce, fryzjerowi, krawcowi, dentyście, biurom podróży, sklepikarzowi itd., bo stać by ich było na to! A jak zarabiają 1200zł to siedzą w domu, bo nie stać ich na nic i nie dają zarobić nikomu. Czy to jest takie trudne do pojęcia przez tych "speców" od finansów?
#1 Bogdan 2015-03-04 17:07
To nieuczciwe epatowac rzekomymi kosztami w okresie prezydentury, podczas gdy w tym samym okresie dzięki działaniom prezydenta Dudy znacząco wzrosną także przychody budżetu. Liczy się bilans ekonomiczny, a ten z pewnością będzie dodatni w długoterminowym okresie. Nie trzeba jedynie ciąc koszta aby znajdowac środki jak Pan sugeruje, tylko tworzyc warunki do dynamicznego rozwwoju oraz uszczelniania dziur, jak np. drenaż naszego rynku z dochodów wielkich korporacji.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Kwiecień 2015
pon wto śro czw pią sob nie
30 31 1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 1 2 3