Duże zmiany kadrowe w MON. Najważniejsza zależy od Amerykanów

Bez wielkiego rozgłosu w zeszłym tygodniu do zarządu PGZ dokooptowany został pełniący funkcję wiceministra obrony od modernizacji armii Sebastian Chwałek. Nowe obowiązki przejmie od poniedziałku, ale resort obrony jakoś nie jest skory, by wskazywać jego następcę. Na dziennikarskiej giełdzie pojawia się co prawda nazwisko przewodniczącego komisji obrony Michała Jacha, ale akurat ono pojawia się przy okazji każdej z ostatnich zmian w MON i nie ma żadnej gwarancji, że Jach tym razem do resortu wejdzie. Podobno nie ma nawet ochoty. Jeśli na stanowisku wiceministra od modernizacji zapanuje wakat albo pojawi się tam ktoś, kto – podobnie jak wcześniej Chwałek – nie ma o tematyce większego pojęcia, będzie to dobitny dowód na to, że i ranga samej tematyki spadła. Cóż, nie pierwszy raz przekonamy się wtedy, że werbalne deklaracje ministerstwa nie bardzo pokrywają się z rzeczywistymi działaniami.

Strategia czy posada?

Przyjmując jednak założenie, że za tym wszystkim jest jakiś plan, przejście Chwałka do PGZ należy widzieć jako umocnienie więzi zbrojeniówki z MON – a być może nawet zapowiedź głębszej reformy obronnego molocha. Jak wielu innych zamierzeń MON planów tych nie znamy, ale gdyby posługiwać się logiką, chodziłoby o to, by ściślej powiązać rozwój produktów i kompetencji firm PGZ z harmonogramem zakupów, być może połączyć pojedyncze spółki w jakieś grupy, na przykład związane z wielkimi programami, wreszcie namówić ociągające się z tym firmy do szukania kontaktów – zarówno rynków, jak i technologii – za granicą.

To miałoby jednak sens i dlatego należy powątpiewać, że się rzeczywiście wydarzy. Bardziej realnym uzasadnieniem nowej posady wiceministra może być kwestia zupełnie inna, banalnie prosta: wynagrodzenie członka zarządu PGZ jest nieporównywalnie wyższe niż sekretarza stanu w ministerstwie obrony. Być może Sebastian Chwałek, wierny członek ekipy, która szturmem – choć raczej nie z własnej woli – odbiła MON od Antoniego Macierewicza, po prostu doczekał się nagrody od swego politycznego patrona Mariusza Błaszczaka. Jeśli słowa te obaj panowie ocenią jako krzywdzące, zachęcam ich do stworzenia okazji, by o wszystko dokładnie wypytać.

Za co chwalić Chwałka?

Chwałek w ministerstwie długo nie zabawił, ledwie od lutego. Początkowo wzbraniający się przed spotkaniami z partnerami MON po stronie dostawców uzbrojenia po przełamaniu lodów zyskiwał opinię ostrożnego, lecz konkretnego. Zaczął odwiedzać zakłady grupy PGZ, ale i zagranicznym oferentom poświęcał swój cenny czas. Wielu widziało w nim nadzieję na normalizację i stabilizację po szalonych dwóch latach Antoniego Macierewicza i zmieniających się jak w kalejdoskopie zapowiedzi, planów, obietnic. Dość szybko okazało się, że następuje zwrot o 180 stopni.

Za czasów Chwałka dokonał się pogrzeb polskich ambicji śmigłowcowych. W maju wiceminister Wojciech Skurkiewicz, ale oczywiście posiłkując się wiedzą z departamentu Chwałka, ogłosił że do 2022 r. Polska kupi zaledwie cztery nowe śmigłowce zamiast planowanych wcześniej kilkudziesięciu. Ani na centymetr naprzód nie posunął się – niegdyś sztandarowy – projekt zakupu okrętów podwodnych. Pomysł zakupu z Australii dwóch fregat rakietowych został wyrzucony za burtę przy milczącej akceptacji Chwałka. Ale za to na zamkniętym spotkaniu ze związkowcami w lipcu wiceminister obiecał modernizację aż 318 40-letnich czołgów T-72. Gdy porówna się podobne budżety obu projektów, można by dojść do wniosku, że czołgi pokonały okręty. Chwałek, cytowany przez związkowy biuletyn, miał się zarzekać, że „ten rząd nie zrobi niczego przeciwko krajowemu przemysłowi”.

Decyzja o zakupie wyrzutni rakietowych HIMARS od USA jaskrawo temu przeczy. Program mający dać PGZ miliardy w gotówce i technologiach został skierowany do zagranicznego dostawcy. Choć nie doczekał się zamówienia, LoR – czyli zamówienie – na Homara nie zostało wysłane, mimo że miało być uroczyście przekazane w czasie wizyty ministra Błaszczaka i prezydenta Andrzeja Dudy w USA. O szczegółach wiadomo jednak mało – sprawy zbrojeniowe w MON (czyli ponad 10 mld zł publicznych pieniędzy) nigdy wcześniej nie były tak skrywane przed opinią publiczną. Chwała Chwałka? Dyskusyjna.

Wisła na zakręcie

Kto przyjdzie za Chwałka do ministerstwa nie wiadomo w chwili pisania tego artykułu. Ktokolwiek to będzie, w ostatnim roku obecnych rządów PiS będzie miał wiele do powiedzenia. To nie tylko wspomniany Homar, czyli kontrakt z USA – prawdopodobnie jednak z udziałem polskich firm – na system rakiet ziemia-ziemia o zasięgu 300 km, ale przede wszystkim tzw. druga faza największego w historii zamówienia zbrojeniowego – systemu obrony powietrznej Wisła.

To pod koniec października polscy negocjatorzy z płk. Michałem Marciniakiem na czele mają przekazać rządowi USA, czego tak naprawę oczekują w zamian za kolejne dziesiątki miliardów złotych. Sytuacja jest napięta, bo Polacy – jak wynika z nieoficjalnych informacji – rozważają przeformatowanie drugiej fazy Wisły i włączenie do niej systemu krótkiego zasięgu Narew. W grze jest więc los proponowanego przez Raytheona pocisku SkyCeptor i dookólnego radaru, a wraz z tymi konstrukcjami i wielkie wydatki – i czyjeś zyski – a także potencjalne technologiczne zasilenie PGZ. Jeśli w takim momencie dokonują się istotne zmiany w obu instytucjach odpowiedzialnych za te procesy – zbrojeniowym departamencie MON i w państwowym „holdingu” zbrojeniowym – to albo wszystko już jest dogadane, albo ryzykujemy przerwanie ciągłości decyzyjnej na niezwykle istotnym etapie niezwykle istotnego procesu. W każdym razie następca wiceministra od modernizacji będzie musiał przejść przyspieszony kurs orientacyjny, by w ogóle zrozumieć sytuację – o podejmowaniu decyzji nie mówiąc.

Skurkiewicz do Radomia?

MON może też mieć problem na z pozoru mniej wymagającym odcinku. W wyborach samorządowych na prezydenta Radomia startuje Wojciech Skurkiewicz – do niedawna szeregowy poseł, wygadany wiceprzewodniczący komisji obrony, wciągnięty w lutym przez Błaszczaka do MON na posadę wiceministra od kontaktów z parlamentem i de facto rzecznika (resort obrony po raz pierwszy od lat pod rządami Błaszczaka formalnego rzecznika nie posiada). Skurkiewicz jest cennym zderzakiem między MON a Sejmem i Senatem, pojawia się zamiast merytorycznych wiceministrów na posiedzeniach komisji, wyjaśnia decyzje resortu, podpisuje odpowiedzi na pytania i interpelacje poselskie, polemizuje z opozycją.

Jest też twarzą MON w relacjach z mediami, wszędzie tam, gdzie roli tej nie bierze na siebie sam Mariusz Błaszczak – a trzeba ministrowi wytknąć, że z wyjątkiem organizowanych ad hoc wypowiedzi nie organizuje konferencji prasowych z prawdziwego zdarzenia ani nie umawia się na takie wywiady, w których jest ryzyko zadania mu publicznie niewygodnego pytania. Pod tym względem Macierewicz i jego ekipa byli dużo bardziej otwarci, na boku pozostawiam w tym momencie merytoryczną wartość i trwałość udzielanych odpowiedzi i składanych zapowiedzi.

Jeśli wyborcy zdecydują, że Skurkiewicz odejdzie z resortu do Radomia, to w resorcie powstanie kolejna wyrwa. Może nie tyle w kompetencjach obronnych, co w komunikacji. Kto go zastąpi? Wśród nazwisk kandydatów na „miękkie” stanowiska w MON od wielu miesięcy wymieniana jest Anna Maria Siarkowska. Posłanka wyspecjalizowana w obronie terytorialnej wyraźnie ciąży ku partii rządzącej, choć jeszcze w niej formalnie nie jest, jedynie w klubie parlamentarnym. Ale Siarkowska na tyle mocno nie stroni od polemik z przedstawicielami rządu, wręcz krytyki niektórych pomysłów PiS – nie tylko na obronność – że może nie być kandydatką idealną.

Błaszczak w forcie Trump

Do niedawna mówiło się jednak, że jesienią w MON nastąpi wymiana samego głównego ministra obrony. Mariusz Błaszczak miał z ramienia partii zostać marszałkiem Sejmu, a na opróżnione przez niego stanowisko ministra obrony najczęściej typowano właśnie Michała Dworczyka. Ale wydarzenia ostatnich tygodni, szczególnie światowa wrzawa, jaka zapanowała po podniesieniu na najwyższy szczebel polityczny pomysłu stałej amerykańskiej bazy w Polsce, nazwanej Fort Trump, wzmocniła pozycję Błaszczaka w resorcie obrony.

Mało tego, uczyniła z niego pierwszoplanową postać polskiej dyplomacji – nawet jeśli ograniczonej obecnie do kwestii polityki obronnej, militarnej. Skoro Błaszczak okazuje się skuteczny dla pomysłu stałej bazy USA, to dopóki negocjuje z Amerykanami nikt nie będzie go zmieniał. Sam minister już zapowiedział kolejną wizytę w USA, rzekomo poświęconą właśnie tym negocjacjom. Czas ma przynajmniej do marca 2019 r., bo właśnie wtedy Kongres oczekuje od Pentagonu raportu w sprawie celowości i możliwości ustanowienia bazy w Polsce. To, że po drodze są wybory kongresowe w USA i że termin ten jest wyłącznie instrukcyjny, może sprawić, że obecny minister obrony okaże się niezbędny na swoim stanowisku znacznie dłużej. Przecież rząd PiS nie przyzna się, że jakiś jego minister okazał się nieskuteczny, dopóki nie będzie musiał – na przykład w świetle negatywnej rekomendacji wojskowych.

Ale jeśli rekomendacja Pentagonu dla bazy w Polsce będzie pozytywna, czego wcale nie można wykluczyć, pozycja Mariusza Błaszczaka w PiS-owskiej hierarchii wystrzeli. Kto wie, jakie stanowisko będzie dla niego przewidziane w przyszłości. W grę wchodzić może fotel premiera – a przy niekorzystnym dla Andrzeja Dudy obrocie spraw w relacjach z PiS – być może nawet prezydenta. Choć do 2020 r. może lepiej nie wybiegać, za dużo może się wydarzyć po drodze. Scenarzyści „Ucha Prezesa” będą się musieli nieźle nagimnastykować, by te konstelacje dla serialowego Mariusza przewidzieć. Chyba że uznają, iż ucho w realu jest dużo bardziej ekscytujące niż ich scenariusze.

MAREK ŚWIERCZYŃSKI

Więcej postów