Nowa dywizja na wschodzie. Na razie na papierze

W Siedlcach ma się znaleźć dowództwo długo zapowiadanej przez PiS 4. dywizji wojsk lądowych. Ma bronić Warszawę przed atakiem ze wschodu.

Warszawę dzieli w linii prostej 140 km od tzw. bramy brzeskiej – najkorzystniejszego i historycznie wielokrotnie wykorzystywanego lądowego przejścia z Rosji na zachód. Choć teren po wschodniej stronie granic to formalnie Białoruś, tworzy ona z Rosją jeden obszar wojskowy i może być wykorzystana w działaniach przeciwko NATO. Nie należy mieć żadnych wątpliwości, że w razie wojny – czy nawet kryzysu – z tego miejsca będą prowadzone działania zbrojne przeciwko Polsce i bazującym u nas siłom sojuszniczym, mające na celu związanie ich i osłabienie obrony tzw. przesmyku suwalskiego, który łączy lądowy trzon NATO w Europie z „wyspą” państw bałtyckich. To idealne miejsce dla operacji okrążającej strzegącą przesmyku polską 16. dywizję wraz z wielonarodową grupą batalionową NATO.

Po ich odcięciu nie tylko niemożliwa będzie pomoc Litwie, Łotwie i Estonii, ale w bezpośrednim zagrożeniu znajdzie się stolica Polski. Natarciu ze wschodu sprzyja dość płaski teren, pozbawiony dużych obszarów leśnych i przeszkód wodnych poza granicznym Bugiem, który zarazem odcina ewentualnych obrońców chcących nadciągnąć z północy. Jeśli potencjalny przeciwnik opanuje też terytorium sąsiadującej na południowym-wschodzie Ukrainy, znaczenie obszarów na wschód od stolicy rośnie w trójnasób, co udowodniła przecież Bitwa Warszawska w 1920 r. Mimo postępów technologii wojsko – zwłaszcza działające na lądzie – wciąż zależy od ukształtowania terenu. Tak się składa, że na wschodnim podejściu do Warszawy sprzyja on atakującym.

Luka na wschodzie

Ten rzut oka na mapę, przy świadomości uwarunkowań geostrategicznych, skłaniałby do oczywistego wniosku, że frontowy – i w teorii zagrożony atakiem – kraj NATO powinien utrzymywać silną obecność wojskową na wschód od Warszawy, poniżej linii Bugu. A jednak w trwającym po upadku komunizmu procesie redukcji liczebności i zmian w rozlokowaniu jednostek Wojska Polskiego tych uwarunkowań zdawano się nie brać pod uwagę. Trzon sił pozostał na zachodzie, co uzasadniano możliwością wyprowadzenia stamtąd kontruderzenia. Przy dzisiejszym tempie operacji zaczepnych, udowodnionym w Gruzji, na Krymie i w Donbasie, rozpoznanie intencji przeciwnika musiałoby być bardzo wczesne, by kontruderzenie dotarło na czas w rejon działania. Hasło wzmacniania jednostek na wschodzie pojawiło się dopiero w 2014 r., który zaszokował świat i Polskę. Ale i wtedy nikt nie uderzył się w piersi, że być może likwidacja trzy lata wcześniej dywizji w Legionowie była błędem.

Polska została z trzema dywizjami wojsk lądowych, w tym dwoma daleko od potencjalnego teatru działań, jak Szczecin i Żagań. Tylko Elbląg był w miarę blisko, ale i tak zbyt daleko od Warszawy, by skutecznie i w praktyce brać odpowiedzialność za obronę stolicy od wschodu. Dywizja to twór ze swej natury taktyczny, zdolny do skutecznego dowodzenia podległymi mu jednostkami w pasie obrony szerokości kilkudziesięciu i głębokości kilkunastu kilometrów – szczegółowe dane z natury rzeczy są tajne. Mimo dużych liczb padających przy słowie dywizja – 12–15 tys. wojska – gdy odejmiemy jednostki wsparcia i zabezpieczenia, okaże się, że do dyspozycji dowódcy są trzy brygady bojowe, a z nich każdorazowo w styczności z przeciwnikiem mogą być pojedyncze bataliony, liczące po kilkuset żołnierzy. Dochodzimy do wniosku, że dla skutecznej obrony przydałaby się nie dywizja, a korpus, liczący dwie–trzy dywizje i samodzielne brygady.

Dywizja zamiast korpusu

Ale zejdźmy na ziemię i do polskich realiów. Mamy nieco ponad 100 tys. operacyjnego wojska zawodowego – z tendencją do powolnego wzrostu liczebności. Z tego wojska lądowe, o których cały czas mówimy, to jakieś 65 tys. Dlatego by w ogóle utworzyć na wschodzie przyczółek obronny w postaci 4. dywizji, trzeba z tego skromnego zasobu wykroić, co się rozsądnie da, i również realistycznie budować cokolwiek więcej. Ratunkiem jest to, że po rozformowaniu w 2011 r. 1. Dywizji Zmechanizowanej pozostały po niej dwie brygady – 21. Brygada Strzelców Podhalańskich (de facto zmechanizowana), niepodporządkowana żadnej dywizji, a bezpośrednio dowódcy generalnemu, i 1. Warszawska Brygada Pancerna (taka tylko z nazwy) w składzie 16. Pomorskiej Dywizji Zmechanizowanej. To sprawiało, że elbląska dywizja była z czterema brygadami (poza warszawską ma giżycką, braniewską i bartoszycką) nieco przerośnięta, a z kolei rzeszowska – nieco bezpańska.

Nic dziwnego, że najprostszym pomysłem na odbudowę 4. dywizji wojsk lądowych było ponowne połączenie obu tych brygad i dodanie perspektywy stworzenia kolejnej od podstaw. W ten właśnie sposób decyzją ministra obrony Mariusza Błaszczaka powstał zalążek 18. Dywizji Zmechanizowanej z dowództwem w Siedlcach. Istniejącej obecnie jedynie na papierze, ale w perspektywie 5 do 10 lat dającej szansę istotnego wzmocnienia obrony wschodniej części kraju. Pod wieloma warunkami, o których za chwilę.

Generał dywizji

Najpierw bowiem o człowieku, który się tego zadania podejmie. Na dowódcę 18. Dywizji w Siedlcach wyznaczony został nasz najbardziej ostatnio doświadczony dowódca „frontowy” – gen. bryg. Jarosław Gromadziński. Do Siedlec przyjechał ze Szczecina, ale tam był ledwie dwa miesiące – zastępcą dowódcy 12. Dywizji Zmechanizowanej. Swoje największe doświadczenie w polu zdobył, dowodząc przez ostatnie trzy lata 15. Giżycką Brygadą Zmechanizowaną, jednostką, która wchłonęła wysłaną do Polski wielonarodową grupę batalionową NATO. Gromadziński wraz z Amerykanami, Brytyjczykami, Rumunami i Chorwatami miał za zadanie pilnować tzw. przesmyku suwalskiego. Alarmowe wypady pod granicę uczynił codziennością, dwie trzecie roku spędzał na „domowym” poligonie w Bemowie Piskim, a sąsiedni Orzysz – niegdyś otoczony złą sławą kompanii karnej – przekształcił przy współpracy lokalnych władz w „wojskową stolicę Polski” i centrum integracji wojsk lądowych RP z siłami sojuszniczymi.

Ukoronowaniem jego działalności na Mazurach była tegoroczna edycja amerykańskich ćwiczeń Saber Strike, w czasie których miał do dyspozycji wsparcie śmigłowców bojowych Apacz, wyrzutni rakietowych Himars, a także przyjmował polski odwód w postaci batalionu z 12. Brygady Zmechanizowanej ze Szczecina, idący przez całą północną Polskę na wschód. Właśnie te doświadczenia doskonale mu się przydadzą w tworzeniu obronnego bastionu w Siedlcach. Na stworzenie dowództwa generał daje sobie rok, spełnienie jego marzeń co do skompletowania dywizji będzie wymagać dekady.

Wizja generała

Generał widzi swoją jednostkę jako wysoce manewrową, cyfrowo skomunikowaną i dysponującą zaawansowanymi środkami rozpoznania lekką piechotę. Czołgi – 3 bataliony, czyli 174 wozy – owszem, wykorzysta, ale jako czop blokujący natarcia przeciwnika. Na co dzień woli poruszać się na kołach – widać zmianę podejścia absolwenta wrocławskiego „zmechu”, przywiązanego do gąsienic BWP-ów. Może to pod wpływem Amerykanów goszczących na Orzyszu swoimi Strykerami, może po analizie dostępności terenu na wschód od Warszawy, może pod wrażeniem zdolności Rosomaków. W każdym razie dywizja ma poruszać się raczej na kołach, z ciężkim gąsienicowym wsparciem czołgów i Krabów. Sześć batalionów zmotoryzowanych – właśnie na Rosomakach – ma dać imponującą liczbę 348 wozów bojowych w linii. Warunkiem jest pełne przezbrojenie 21. Brygady na KTO Rosomak. Część z nich będzie przewozić przeciwpancerne pociski Spike na pokładzie, część wręcz w automatycznie sterowanych wyrzutniach na wieżach ZSSW-30, nowym produkcie polskiej zbrojeniówki, który oby szybko trafił na wyposażenie armii.

Generał liczy też, że jako pierwszy dostanie kupowane z USA rakiety HIMARS, a to już będzie siła ognia, jakiej nikt wcześniej nie miał. Ideałem byłaby dedykowana eskadra śmigłowców uderzeniowych. Ale to są marzenia idące w dziesiątki miliardów złotych i długie lata oczekiwania na zakup, dostawę i wdrożenie sprzętu. Będzie cudem, jeśli uda się kompletnie sformować, wyposażyć i przećwiczyć nową dywizję w 10 lat. Wtedy jej obecny dowódca może jeszcze nie być na emeryturze, bo ma obecnie zaledwie 47 lat, ale gdy mu się uda uruchomić całą maszynerię, powinny stać przed nim otworem najwyższe stanowiska w wojsku, z funkcją szefa sztabu generalnego włącznie. Znając gen. Gromadzińskiego od kilku lat, osobiście trzymam kciuki. Czy mu się powiedzie, to już osobna kwestia, zależąca w dużej mierze od polityków – cywilnych zwierzchników sił zbrojnych.

Obronny pojazd PiS

I to politycy mogą czwartą dywizję wykoleić. Po pierwsze dlatego, że jej utworzenie – niestety – wpisuje się w kontekst bieżącej walki PiS z PO i PSL. Jakkolwiek jest bezsprzeczne, że to za czasów poprzednio rządzącej koalicji zlikwidowano dywizję w Legionowie, odpowiedzialną za wschodni kierunek, to akcentowanie przez obecnie rządzących naprawiania błędów poprzedników poprzez odbudowę dywizji w Siedlcach – choć politycznie zrozumiałe – nie sprzyja stabilności tej decyzji w przypadku utraty władzy. Na pewno PiS wykorzysta decyzję o utworzeniu dywizji w nadchodzących kampaniach. Jeśli uda się w rok ogłosić jej wstępną gotowość i wręczyć sztandar – tym lepiej dla PiS, choć zapewne tym gorzej dla przyszłości dywizji. Z punktu widzenia obronności kraju można mieć nadzieję, że nie będzie to ruch w jakikolwiek sposób kwestionowany. Z punktu widzenia polityki spodziewać się można wszystkiego, w tym wstrzymania lub spowolnienia budowy nowej dywizji.

Po drugie, na przeszkodzie stanąć mogą względy bardziej obiektywne, jak chociażby brak pieniędzy albo opóźnienia w programie modernizacji sprzętowej, które sprawią, że nowa dywizja wcale nie będzie dywizją nowoczesną. Budowanie jej na starym sprzęcie to wyrzucanie pieniędzy na rupiecie, szkoda na to energii i zasobów. Z kolei cel budowy dywizji może dać impuls dla MON, ministerstwa finansów i całego rządu, by tam pchnąć zasoby już istniejące.

Kołdra finansowa jest za krótka, by przykryć wszystkie potrzeby, to jasne dla wszystkich i przyznał to otwarcie w Kielcach minister obrony Mariusz Błaszczak, zapowiadając nawet powszechny fundusz obronny na pokrycie braków. Skąd zatem wziąć pieniądze, jeśli sytuacja stanie się gardłowa? Dla mnie, obserwującego z bliska zapowiedzi dotyczące 4. dywizji, uderzające było, jak rzadko, w zasadzie tylko raz, wspomniano o wojskach obrony terytorialnej. O tym, że kosztują więcej, niż przewidywano, wiadomo już powszechnie. O tym, że najbardziej potrzebne są na wschodzie kraju, gdzie już powstały, też. Pytanie, czy da się z tego wyciągnąć wniosek, iż z powstrzymania ich rozbudowy na cały kraj (wydatki na WOT w 2019 r. to 1,5 mld zł!) można by zaoszczędzić środki na nową dywizję wojsk operacyjnych – pozostawiam do rozważenia politykom. Choć zdaję sobie sprawę, że obrońcy WOT natychmiast zaatakują taką sugestię.

Dywizja w kalkulatorze

  1. dywizja na razie powstała wyłącznie na papierze. Ma świetnego dowódcę i obiektywnie ważne miejsce w systemie obrony kraju. Nie wiemy z oświadczeń MON, czy i jakie ma zagwarantowane pieniądze. Nie wiemy, czy i kiedy przyciągnie wystarczającą liczbę ludzi. Znaków zapytania jest więc więcej niż pewników. Nie ma jednak wątpliwości, że w zgodzie z art. 3 Traktatu Waszyngtońskiego wzmacnia potencjał obronny kraju członkowskiego NATO i tym samym zdolności obronne całego Sojuszu. Z Brukseli i Waszyngtonu może więc oczekiwać na kciuki w górę, a co za tym idzie, przychylność w zamówieniach zbrojeniowych i pomoc w sformowaniu jej struktur. Więcej wojska w Polsce to większa ulga dla NATO i sił USA w Europie. To też świetny argument w przekonywaniu prezydenta USA, że jest taki kraj, który płaci na obronę nie tylko w tabelkach, ale i rzeczywistości.

Dywizja to jednak konkret, który pochłonie pewnie dziesiątą część tych mgławicowych 2 proc. PKB. Z drugiej strony, czy 4,4 mld (10 proc. z 2 proc. PKB na obronność w przyszłym roku) wystarczą na budowę dywizji? W czasie prezentacji rezultatów Strategicznego Przeglądu Obronnego wiceminister Tomasz Szatkowski oszacował koszt budowy i wyposażenia nowej dywizji na 70 mld zł. Nie jest jasne, czy miał na myśli dywizję tworzoną z istniejących brygad. Raczej nie – to będzie tańsze. W każdym wypadku mówimy o dziesiątkach miliardów. Warto mieć tę świadomość przy tworzeniu kolejnych budżetów – skoro powiedzieliśmy, że 4. dywizja ma być, to musi kosztować. Inaczej stracimy w NATO kolejny poziom wiarygodności.

MAREK ŚWIERCZYŃSKI

Poleć Dziennik Polityczny na Facebooku:

Dzielić się ze znajomymi!

1 Komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*


Comment moderation is enabled. Your comment may take some time to appear.