Powstanie Warszawskie było obłędem i głupotą, miarą patriotyzmu jest kolaboracja, a tchórzostwo jest cnotą

  1. rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego czczona jest przez niektórych w bardzo oryginalny sposób. Erupcją historycznych rewizji w imię realpolitik. Eksperci od realpolitik dokonali epokowego odkrycia. Oto niemal całe przywództwo rządu na uchodźstwie, niemal wszyscy liderzy Polskiego Państwa Podziemnego i dowódcy Armii Krajowej okazali się politycznymi ignorantami, wojskowymi analfabetami, strategicznymi nieukami, a poza tym zwykłymi idiotami i durniami.

I te miernoty, dotknięte obłędem, doprowadziły do fatalnych wyborów politycznych, których konsekwencją było prowadzenie kretyńskich operacji wojskowych. Wszystko to przywiodło do zbrodniczej eksterminacji kwiatu polskiego narodu, cierpienia setek tysięcy cywilów, zniszczenia stolicy Polski i w ogóle wszelkiego zła. Wprawdzie to wszystko zrobili Niemcy i Sowieci, ale właściwie nie mieli innego wyjścia, więc „sprawstwo kierownicze” trzeba przypisać polskim „kretynom”. Przyjrzyjmy się zatem tym „idiotom” i „nieudacznikom”, którzy nie pojęli zasad realpolitik i kierowali się durnymi miazmatami honoru, obowiązku, służby, poświęcenia, patriotyzmu i odwagi, co było po prostu głupie i wysoce niepraktyczne.

Całe zło, zdaniem wyznawców realpolitik, zaczęło się przed wojną, bo Polska odrzuciła pokojowe propozycje Hitlera i nie dołączyła do jego cywilizacyjnej krucjaty. To, że nasz kraj miałby się przyłączyć do ataku Hitlera na ZSRR jest dla piewców realpolitik oczywiste. Brakuje tylko rozważań o tym, jak mielibyśmy wesprzeć „ostateczne rozwiązanie kwestii żydowskiej”, ale to pewnie przez niedopatrzenie. Skoro jednak zło odrzucenia zbawiennego sojuszu z Hitlerem się dokonało, potem było już tylko pasmo zbrodniczych błędów, z akcją „Burza” i Powstaniem Warszawskim na czele.

Akcję „Burza” zainicjowali „idioci” w kraju (Delegat Rządu na Kraj i dowództwo Armii Krajowej), którzy swoim kretyństwem zarazili rząd na uchodźstwie i naczelne dowództwo, a te się na akcję zgodziły. Ci „naiwniacy” i „durnie” w Londynie to przede wszystkim premier Stanisław Mikołajczyk, ale czego wymagać od naiwnego geopolitycznie samouka, tylko absolwenta Uniwersytetu Ludowego, choć posła w II RP. Naczelny wódz gen. Kazimierz Sosnkowski trochę się fali zidiocenia opierał i sprzeciwiał powstaniu w Warszawie. Ostatecznie zbłądził jednak i gdy Warszawa dogorywała, bez sensu zarzucał sojusznikom zdradę i pozostawienie Polski i jej stolicy samym sobie, za co został słusznie zdymisjonowany ze stanowiska Naczelnego Wodza.

Ale przecież zgoda na „Burzę” obciąża konto Sosnkowskiego. Co oznacza, że naczelnym wodzem po śmierci gen. Sikorskiego został jednak jakiś wojskowy ignorant i polityczna niemota. Jakimś cudem w II RP był on dwukrotnie ministrem spraw wojskowych, ale to pewnie z powodu zmącenia umysłu marszałka Piłsudskiego, który uczynił go szefem sztabu I Brygady Legionów, a w wojnie polsko-bolszewickiej dowódcą Armii Rezerwowej, walczącej na zagrożonych odcinkach. Po śmierci marszałka zapewne za sprawą jakichś ciemnych sił Sosnkowski został generałem broni. We wrześniu 1939 r. ktoś musiał za niego dowodzić Armią Karpaty, bo przecież on sam nie mógł przełamywać frontu i toczyć zwycięskich bitew, np. z elitarnym pułkiem SS-Standarte Germania.

Realiści AD 2013 odkryli, że bezsensem była podczas akcji „Burza” obrona terytorium RP sprzed wojny, bo przecież roztropnie byłoby, żeby legalne polskie władze zaakceptowały kolejny rozbiór Polski. Bezsensem było też demonstrowanie Sowietom, że wkraczają na teren Polski, gdzie władzą są przedstawiciele jedynego legalnego wtedy polskiego rządu. Kretyństwem było także odtwarzanie na zajmowanych przez Sowietów terenach działających tam przed wojną jednostek wojskowych. A już skrajnym idiotyzmem, barbarzyństwem i zbrodnią było wywołanie powstania w Warszawie.

Trzeba było dogadywać się z Niemcami, co Polacy po pięciu latach wojny, okupacji i bezmiarze niemieckich zbrodni przyjęliby przecież z entuzjazmem. Trzeba też było traktować ZSRR jako wroga, chociaż to państwo było sojusznikiem i ani USA, ani Wielka Brytania, ani nikt po alianckiej stronie nie traktował go inaczej. Oczywiście Polacy są winni temu, że Sowieci okrążali oddziały AK odbijające z rąk Niemców kolejne miejscowości, czyli ratujące życie wielu żołnierzom Armii Czerwonej, którzy zginęliby w walkach.

Polacy są winni temu, że Sowieci rozbrajali i siłą wcielali formalnie sojuszniczych żołnierzy AK do armii Berlinga, a oficerów i odmawiających wstąpienia do tego wojska zabijali, więzili, torturowali albo wywozili w głąb ZSRR. Tak przecież zawsze postępowali sojusznicy, tylko polscy idioci tego nie wiedzieli. Jako patentowani głupcy nie wiedzieli też, że jest normalne, iż sojusznik współpracuje z wrogiem, jak NKWD z gestapo, by wykończyć innego sojusznika, czyli oddziały AK. W wyniku takiej współpracy nie tylko okrążano i aresztowano całe zgrupowania, ale np. w Warszawie dokonano napadu na archiwum Delegatury Rządu na Kraj, w wyniku czego tak Niemcy, jak i Sowieci poznali konspiracyjną siatkę głupców z AK. Ale dobrze im tak.

Całe niemal szefostwo Armii Krajowej to byli, zdaniem realistów i pragmatyków, idioci i amatorzy, nie mający pojęcia o wojsku i polityce, i godzący się na śmierć tysięcy cywilów. A w pierwszej kolejności dowódca AK gen. Tadeusz „Bór” Komorowski, który na pewno podrobił dyplom Politechniki Lwowskiej i zmyślił to, że ukończył renomowaną austriacką oficerską szkołę w Wiener Neustadt. I na pewno marszałek Piłsudski w stanie pomroczności jasnej oddał temu amatorowi dowodzenie pułkiem w wojnie polsko-bolszewickiej. Nie wiadomo też, dlaczego ktoś taki został komendantem Centrum Wyszkolenia Kawalerii w Grudziądzu, w wojnie obronnej 1939 r. zajmował stanowiska dowódcze, a w 1940 r. awansował na generała, zaś w 1943 r. został dowódcą AK.

„Idiotą” i amatorem musiał być gen. Leopold Okulicki, ostatni komendant główny AK. Na pewno zmyślił, że był podoficerem 3. Pułku Piechoty Legionów i oficerem 4. pułku. Pewnie nigdy nie studiował w Wyższej Szkole Wojennej w Warszawie, nigdy nie był wykładowcą taktyki w Centrum Wyszkolenia Piechoty w Rembertowie czy szefem sztabu 13. Kresowej Dywizji Piechoty, a w czasie wojny komendantem ZWZ-AK na terenach pod sowiecką okupacją. Wiadomo, że tylko idiota mógł zostać aresztowany przez NKWD i dał się uwięzić na Łubiance. Jest oczywiste, że tylko tacy sami głupcy jak on mogli go po zwolnieniu z więzienia powołać na szefa sztabu armii polskiej w ZSRR, a potem dowódcę 7. Dywizji Piechoty, komendanta Ośrodka Wyszkolenia Cichociemnych we Włoszech, a po przerzucie go kraju zastępcą szefa sztabu KG AK i komendantem organizacji „Nie”. Tylko idiota mógł się dać zwabić NKWD w pułapkę (wraz z 15 innymi przywódcami AK i państwa podziemnego), dać w Moskwie osądzić i sam jest sobie winien, że nie przeżył więzienia na Łubiance.

„Głupcem” i „szkodnikiem” musiał być gen. Antoni Chruściel, faktyczny dowódca powstania. To niemożliwe, żeby ktoś taki ukończył austriacką szkołę oficerską, studia prawnicze na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie, żeby był dyplomowanym oficerem po Wyższej Szkole Wojennej w Warszawie, wykładowcą w szkołach wojskowych, dowódcą pułku. W wojnie polsko-bolszewickiej i po agresji Niemiec musiał się dekować, a nie walczyć na pierwszej linii frontu. Tylko taki amator i nieudacznik mógł dowodzić Warszawskim Korpusem AK i powstaniem.

Nie wiadomo dlaczego za bohatera narodowego uważa się gen. Augusta Emila Fieldorfa, żołnierza legionów, walczącego z bolszewikami, szefa Kedywu KG AK, zastępcę komendanta głównego AK po Powstaniu Warszawskim, więźnia obozu pracy na Uralu, zamordowanego wyrokiem sądu PRL. On akurat nie brał udziału w powstaniu, ale przecież był współwinny tego, że AK nie bratała się z Niemcami, a potem jej żołnierze i dowódcy nie pokochali Stalina i Armii Czerwonej, choć byłoby to bardzo rozsądne i zgodne z zasadami realpolitik. Tacy jak Fieldorf bez sensu walczyli w złej sprawie, zamiast siedzieć cicho i kombinować, z kim powinno się zawierać sojusze i jak odwodzić żołnierzy od bezsensownej walki.

Podobnie można by pisać o całym dowództwie AK – grupie ludzi szalonych, niekompetentnych i zamroczonych wódką, którzy swoją głupotą i brakiem realistycznego podejścia doprowadzili do rzezi cywilów, do wybicia elity. A wystarczyło siedzieć w konspiracyjnych mieszkaniach, grać w karty, popijać dobre trunki i czekać aż historia i mocarstwa sami wszystko załatwią, a potem przyniosą Polakom na tacy wolność, niepodległość i suwerenność. A nawet jak przynieśliby sowiecką okupację, to przecież realizm nakazywał ją zaakceptować. Nawet jeśliby tysiące funkcjonariuszy Państwa Podziemnego, oficerów i żołnierzy trafiło potem do więzień i łagrów. Najsilniejsi mieliby przynajmniej szansę przeżycia, a Warszawa nie zostałaby spalona i zniszczona, bo – jak wiadomo – Niemcy i Sowieci nic złego by nie zrobili, gdyby nie prowokujący ich „idioci” z Delegatury Rządu na Kraj i AK.

„Durniami” i nieudacznikami musieli być tacy uczestniczący w Powstaniu Warszawskim cywilni przywódcy Polskiego Państwa Podziemnego jak Delegat Rządu na Kraj Jan Stanisław Jankowski. Nie wiadomo jakim cudem ktoś taki był w II RP posłem, ministrem w rządach Aleksandra Skrzyńskiego i Wincentego Witosa. Tylko idiota mógł dać się schwytać, by zostać w Moskwie osądzonym, a potem dał się zabić w łagrze – osiem lat po wojnie. Nieudacznikiem i głupcem musiał być także prawnik, żołnierz w wojnie polsko-bolszewickiej. powstaniec śląski, uciekinier z sowieckiej niewoli, szef Kierownictwa Walki Cywilnej, Delegat Rządu na Kraj Stefan Korboński.

Z odkryć zwolenników realpolitik płyną praktyczne wnioski. Przede wszystkim ten, że walka z najeźdźcami i okupantami jest skrajną głupotą, a kolaboracja z nimi najwyższą formą patriotyzmu, bo chroni substancję narodową. Tchórzostwo jest cnotą, zaś odwaga ciężkim grzechem. Gdyby dziś doszło do jakiejś agresji, realistyczne, praktyczne i mądre byłoby natychmiastowe podpisanie odpowiednika jakiejś volkslisty, zgodna współpraca z okupantem i spokojne przeczekanie złych czasów. Wszelkie akty heroizmu są zaś szkodliwe i niepotrzebne, bo tylko zachęcają innych do podobnej nieodpowiedzialności, co w efekcie wywołuje odwet okupanta i bezsensowne ofiary. Odpowiedzialne i rozsądne są natomiast tchórzostwo, oportunizm, kunktatorstwo oraz koniunkturalizm. Dla dobra sprawy można nawet donosić na „swoich”, jeśli to może zapobiec skutkom ich nieodpowiedzialności.

Gdyby zdarzenia historyczne mierzyć wedle standardów postulowanej dziś realpolitik, głupotą była walka z oświeconymi i dobrze zorganizowanymi Krzyżakami. Trzeba było się z nimi sprzymierzyć, nawrócić Prusów i okiełznać półdzikich Litwinów. Zamiast Jagiełły królem Polski powinien zostać wielki mistrz zakonu, co zapewniłoby Polsce na wieki pokojową koegzystencję z Niemcami i korzystanie z ich dorobku. Głupotą były też protesty i zawracanie głowy różnym dworom przez króla i Senat po I rozbiorze Polski. Trzeba było oddać zaborcom wszystko i w ten sposób uniknęlibyśmy II i III rozbioru. Zaborcy rozwijaliby cywilizacyjnie okupowane polskie ziemie, a w dogodnym momencie wskoczylibyśmy na gotowe i tylko odebrali to, co nam zabrano, nie zwracając tego, co zainwestowano. Z tego punktu widzenia idiotyzmem była walka legionów Piłsudskiego o niepodległość. Trzeba było czekać na wykrwawienie się zaborców, zgłosić pretensje do historycznych ziem i odebrać na konferencji pokojowej w Wersalu to, co nam się należało. Głupotą były zatem również powstania śląskie. Trzeba było bowiem oddać Śląsk Niemcom, żeby go rozwinęli gospodarczo, a potem zrobić ze Śląskiem unię i korzystać z jego potencjału.

Z punktu widzenia realpolitik kretyństwem było tworzenie podziemnego państwa pod niemiecką i sowiecką okupacją. Zamiast angażować w walkę, czyli w nierozsądnej sprawie setki tysięcy ludzi i narażać na śmierć ich samych oraz ich bliskich, trzeba było używać życia – jak robili to paryżanie pod okupacją i bawiąc się czekać na koniec wojny. Idiotyzmem była zatem także walka z Sowietami i komuną po 1944 r. Trzeba było kolaborować z komunistami zapewniając sobie spokojną egzystencję, aby ostatecznie doczekać upadku komuny w wyniku wielkich procesów historycznych.

Nieuchronną konsekwencją realpolitik i pragmatyzmu powinno być uznanie generałów Jaruzelskiego i Kiszczaka za wzorcowych polskich patriotów, realistów i osoby głęboko mądre. Zaś antykomunistyczną opozycję i ludzi Solidarności trzeba uznać za „idiotów” i nieodpowiedzialnych podpalaczy. To oni zmusili patriotów do represji czy potem do wprowadzenia stanu wojennego, więc sami ponoszą odpowiedzialność za ofiary i nieprawości tamtego czasu. Zrehabilitujmy kolaborantów, kapusiów i tchórzy, bo byli po prostu mądrymi realistami. I skończmy z czczeniem farbowanych bohaterów, bo w istocie byli oni wielkimi szkodnikami. W imię realizmu zostańmy ludźmi bez serca i rozumu, narodem bez korzeni, honoru i odwagi.

STANISŁAW JANECKI

Poleć Dziennik Polityczny na Facebooku:

Dzielić się ze znajomymi!

1 Komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*


Comment moderation is enabled. Your comment may take some time to appear.