Konstytucja Dudy. Niebezpieczna gra

Władza. Nie ma zagadnienia ważniejszego dla wspólnoty politycznej. Kto rządzi państwem – i jak nim rządzi? W Polsce tego nie wiadomo. Rządzi rząd – ale przecież trochę i prezydent. Rodzą się z tego same kłopoty. Jeden raz w historii III RP Pierwszy Obywatel odegrał pozytywną rolę. Mowa oczywiście o śp. Lechu Kaczyńskim. Postać wybitna. Prawdziwy patriota, człowiek doświadczony, mądry, dla kraju autentycznie zasłużony. Inni? Lech Wałęsa, symbol, który okazał się kimś zupełnie innym, jako prezydent zwyczajnie niebezpieczny. Aleksander Kwaśniewski, z najwyższym upodobaniem tkający wespół z nomenklaturą czerwoną pajęczynę i grający na atomizację struktur państwowych. Bronisław Komorowski, wielki utrwalacz zakulisowego układu.

I wreszcie dziś – Andrzej Duda. Andrzej Duda, który chce zreformować konstytucję. Od dziwnej zaczyna strony. Naprawa ustawy zasadniczej powinna wychodzić od najważniejszego problemu. Od władzy właśnie. A jednak na wczorajszym kongresie konstytucyjnym ten problem został potraktowany po macoszemu – prezydent wspomniał o nim na końcu swojego wystąpienia. Ważniejsze były inne tematy. Owszem, niektóre istotne, zwłaszcza kwestia prymatu prawa polskiego nad prawem europejskim, czy ochrona rodziny i rolnictwa, omówione jednak nadzwyczaj ogólnikowo.

Były i elementy niepokojące. Na przykład niepełnosprawni. Ten problem nagle wyrósł do rangi fundamentalnego. Czyżby ze względu na trwające protesty? W takim wypadku debata o konstytucji staje się zakładnikiem bieżącej walki politycznej. Codziennych zabiegów marketingowych o to, by polityka jak najlepiej sprzedać. To jedno z dwóch głównych niebezpieczeństw projektu Andrzeja Dudy. Debata prowadzona „od dołu” może przerodzić się w festiwal populizmu. Nie wierzę wprawdzie, by nową konstytucję w ogóle uchwalono, ale załóżmy na potrzeby naszych rozważań, że tak się stanie. Andrzej Duda chce, by także suweren, a nie tylko eksperci, pisał konstytucję. Co się znajdzie w ustawie zasadniczej? Czy przypadkiem nie to, co będzie akurat najbardziej chwytliwe z perspektywy wyborczych potrzeb pana prezydenta? Przecież Duda mówi o uchwaleniu konstytucji w roku 2021, a zatem jej zrąb ma powstać rok wcześniej, w roku wyborów prezydenckich! To zresztą sprytne, bo w ten sposób obecny prezydent zyska punkty w tych wyborach, przekonując, że trzeba przedłużyć jego władzę, by pozwolić na dokończenie reformy.

Do pewnego stopnia rozumiem prezydenta. Nie jest Wałęsą. Nie jest Lechem Kaczyńskim. Jest człowiekiem, którego prezes PiS wyciągnął z drugiego szeregu. Tamci mieli już za sobą wielkie osiągnięcia. Duda ma je przed sobą. Wymyślił zmianę konstytucji. Bez wątpienia, gdyby jej dopiął, zapisałby się na zawsze w historii Polski. Duda chce uniknąć losu Komorowskiego. Prezydenta Platformy, którego wspominać będzie się jako nazwisko, ale nie jako postać.

Problem w tym, że to bardzo karkołomne zdanie. Prezydent Andrzej Duda nieustannie mówi o legitymizacji prezydenta wybieranego w wyborach powszechnych. Czy na pewno? Tych wyborów nie wolno fetyszyzować. Wprowadzono je w 1990 roku nie dla jakichś mądrych i przemyślanych celów, ale ze względu na Wałęsę. Wałęsa, Kwaśniewski, Kaczyński – byli przywódcami, niezależnie od ich oceny. Także Komorowski miał pewien dorobek rządowy i parlamentarny, był w końcu marszałkiem Sejmu. Mimo wszystko już Komorowskiego wybrano przede wszystkim jako prezydenta Platformy. Swoją rolę wypełnił. Andrzej Duda został wybrany nie dlatego, że był Andrzejem Dudą, ale dlatego, że wskazał go Jarosław Kaczyński. Otrzymał mandat nie dla prowadzenia własnej polityki, ale dla wspierania polityki prezesa PiS. Duda nie chce tej roli. Chce emancypacji.

I tak docieramy do kluczowego zagadnienia. Kwestii uporządkowania relacji między rządem a prezydentem Duda poświęcił na wczorajszej konwencji niewiele miejsca. Słów padło mało, ale za to o wielkim znaczeniu. Bo prezydent nie ma bynajmniej najmniejszego zamiaru wzmacniać rządu. Słyszeliśmy narzekania, że „prezydent wybierany w wyborach powszechnych” (znów te zaklęcia!) ma właśnie władzę zbyt małą. Chodziłoby więc o to, żeby prezydencką kontrolę nad polityką zagraniczną i armią jeszcze rozbudować. W ten sposób na trwale ośrodki realnej władzy będą w Polsce dwa. Kto myśli, że może to doprowadzić do czegoś dobrego, jest niepoważny. Duda chce zrealizować po prostu własny interes.

Te wszystkie puste słowa o referendach, te populistyczne hasła o niepełnosprawnych to mgła. Mgła, która ma zasłonić prawdziwe intencje: chęć zapisania się w historii i chęć zwiększenia zakresu własnej władzy. Na to nie wolno się zgodzić. Nie potrzeba nam nowych Wałęsów, którzy będą rozsadzać kraj swoim ego i nie pozwalać parlamentowi wraz z radą ministrów na sprawne rządy. Obecna konstytucja ich kreuje. Już dzisiaj nie da się zreformować sądownictwa i naprawić zaniechań symbolicznych III RP. Co byłoby, gdyby prezydent miał do powiedzenia jeszcze więcej? Zatrzymywać się w połowie między ustrojami prezydenckim a kanclerskim nie ma sensu. Można zaproponować system prezydencki, choć to byłoby w Polsce całkowicie egzotyczne – ale ostatecznie realna władza musi być w rękach jednego ośrodka. Kto chce rozbić ją między dwa, ten wspiera największą patologię naszego państwa. Jego słabość. Propozycje Andrzeja Dudy zmierzają w tę stronę.

Paweł Chmielewski

Polub Dziennik Polityczny na Facebooku:

Dzielić się ze znajomymi!

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*