Armia Polska jest zwycięska czyli konia z rzędem temu, kto zdoła określić realny poziom gotowości bojowej naszych sił

W razie zaskoczenia moglibyśmy nie zdołać obronić Warszawy. Politycznie nagły wybuch wojny wydaje się bardzo mało realny, ale warto pamiętać, że Rosjanie ćwiczą przerzuty sił na znaczną odległość – pisze w felietonie dla Onetu Witold Jurasz.

Doszło do poważnego pożaru na pokładzie okrętu podwodnego ORP Orzeł. Innymi słowy, jedyny mający jakąś poważniejszą wartość bojową okręt podwodny naszej Marynarki Wojennej najprawdopodobniej właśnie zakończył służbę. Pozostałe cztery zwodowano w latach 1964 – 1967 i już to wystarcza za komentarz.

Jak chodzi o jednostki nawodne to poza dwoma muzealnymi fregatami przejętymi na fatalnych warunkach od Stanów Zjednoczonych mamy jeszcze jedną korwetę, trzy w miarę nowoczesne małe okręty rakietowe i wiecznie niedokończonego Ślązaka.

Lotnictwo morskie nie istnieje, śmigłowce do zwalczania okrętów podwodnych są na granicy resursu, a Nadbrzeżny Dywizjon Rakietowy ma co prawda nowoczesne wyrzutnie, ale jego własne systemy rozpoznawcze umożliwiają namierzenie i śledzenie celu odległego o maksymalnie 50 km, czyli i tu jest tak sobie.

Dobrze jest z kadrami – nasza Marynarka Wojenna liczy sobie ok. 10.000 personelu (dla porównania norweska, której realny potencjał jest znacznie większy – ca. 6.000 i tej różnicy niestety nie tłumaczy automatyzacja okrętów norweskich).

Nieco lepiej jest w siłach lotniczych, które dysponują 48 myśliwcami F-16 i 32 Mig-29 oraz 18 uderzeniowymi Su-22, ale resurs samolotów produkcji rosyjskiej zbliża się już ku końcowi. Co gorsza nie jest wcale pewne, czy nasze lotnictwo w ogóle dałoby rade wzbić się w powietrze, bowiem stan obrony przeciwlotniczej jest katastrofalny. Polska de facto nie dysponuje możliwością obrony lotnisk, a tzw. Drogowe Odcinki Lotniskowe dawno zarosły trawą.

W siłach lądowych mamy mieszaninę muzeum ze sprzętem całkiem nowoczesnym.

Z jednej strony dysponujemy nowoczesnymi transporterami rodziny Rosomak oraz czołgami Leopard-2, z tym, że połowa z nich to wersje A4, które wymagają modernizacji. Powyższe wozy jednak, nawet po modernizacji i po doliczeniu do nich nowszych modeli A5 to nadal ledwie nieco ponad 200 czołgów, co, gdy weźmie się pod uwagę, iż Rosja na kierunku smoleńskim przystąpiła do formowania armii pancernej liczącej ca. 800 czołgów pokazuje skalę problemu. Pozostałe nasze czołgi to PT-91 reprezentujące poziom technologiczny sprzed ca. 25 lat (w zakresie kierowania ogniem) oraz 40 lat (w zakresie opancerzenia i amunicji).

Nasze bojowe wozy piechoty BWP-1 nie przedstawiają niemal żadnej wartości bojowej (o tzw. „przeżywalności” na polu bitwy lepiej w ogóle nie mówić), gros śmigłowców bojowych nie może latać, a te które mogą nie mają rakiet, czyli amunicji.

Obraz nędzy i rozpaczy dopełnia fakt, że Siły Zbrojne RP nie ćwiczą w taki sposób jak ćwiczy np. armia rosyjska, gdzie alarmy bojowe ogłasza się z zaskoczenia. My nadal ćwiczymy, szykując się do tego przez długie miesiące. Innymi słowy konia z rzędem temu, kto zdoła określić realny poziom gotowości bojowej naszych Sił Zbrojnych.

Większość naszych sił zgrupowana jest na zachodniej granicy, co jest w pewnym sensie zrozumiałe, bo lepiej walczyć z przeciwnikiem, który w początkowym etapie ew. wojny dysponowały potężną przewagą biorącą się z rozmieszczenia w Obwodzie Kaliningradzkim systemów przeciwdostępowych (tzw. A2/AD).

Z drugiej strony ewentualny nagły atak, w sytuacji, gdy na wschód od linii Wisły nie mamy niemal żadnych jednostek, a te które stoją w północno – wschodniej części Polski są tak oddalone od innych, które miałyby im udzielić wsparcia, że de facto nie miałyby żadnych szans w ewentualnym starciu z przeciwnikiem oznacza, iż w razie zaskoczenia moglibyśmy nie zdołać obronić Warszawy. Politycznie nagły wybuch wojny wydaje się bardzo mało realny, ale warto pamiętać, że Rosjanie ćwiczą przerzuty sił na znaczną odległość, a najbardziej doinwestowane jednostki to siły powietrznodesantowe.

Wszystko powyższe nie napawa optymizmem, gdyby nie plany. Po pierwsze, Polska chwali się, że oto nasz kraj, jako jeden z nielicznych w NATO, przeznacza 2 proc. PKB na siły zbrojne. Świadczyć to ma o tym, iż poważnie traktujemy nasze bezpieczeństwo.

Problem polega jednak na tym, że zdecydowana większość środków przeznacza jest na bieżące utrzymanie wojska, a nie na kupno nowego, czy też modernizację sprzętu. Środki, które powinny być przeznaczane na zakupy czy modernizację od lat, sukcesywnie rok po roku, nie są wykorzystywane, a księgowi w MON czynią cuda godne Enronu, by wykazać, że pieniądze, których nie wydano, zostały spożytkowane. Wydatki na siły zbrojne od chwili wybuchu wojny na Ukrainie wzrosły z 1,95 do 2,00 proc. PKB czyli „aż” o 0,05 proc. i ta cyfra, a nie mityczne 2 proc. pokazuje jak poważnie podchodzimy do wyzwań.

W tle toczy się polityczna przepychanka o to, czy to PO, czy PiS lepiej (bądź gorzej) zarządza siłami zbrojnymi. Co ciekawe PiS przed dojściem do władzy bardzo wyraźnie i głośno mówił o tym, iż stan polskich sił zbrojnych jest zły. Pesymizm odnośnie do stanu naszej armii, który dobitnie wybrzmiewał na prawicy cieszył, bo dawał nadzieję na zmianę na lepsze.

Nie minęły jednak dwa lata i sceptycyzm zastąpiony został urzędowym optymizmem, który póki co żadnych podstaw nie ma. Co prawda opracowano nowe plany, tu i ówdzie wdraża się nowe pomysły, ale od tego do konstatacji, że armia ma jakościowo inny wymiar bardzo daleko. Polska armia dziś nie ma bowiem żadnych dodatkowych, nowych zdolności bojowych, których nie miała rok, dwa, czy też trzy lata temu.

Aby realnie ocenić, czyje rządy były najlepsze z punktu widzenia Sił Zbrojnych RP warto przyjrzeć się temu co i kiedy kupiono. W latach 1990 – 2015 jedynymi poważnymi programami modernizacyjnymi naszej armii były zakup używanych 10 używanych MIG-29 od Czech i 23 od Niemiec, 48 myśliwców F-16, 40 rakiet JAASM, kupno dwóch partii czołgów Leopard, wyrzutni przeciwpancernych Spike, transporterów Rosomak oraz wyrzutni rakiet Langusta.

Od chwili objęcia rządów przez PiS udało się podpisać umowę na modernizację części Leopardów (wersji A4), zakup haubic Krab oraz 70 rakiet JAASM-ER, przy czym należy z jednej strony z uznaniem odnotować finalizację projektów, ale z drugiej strony przyznać, że była to kontynuacja projektów rozpoczętych w czasie rządów PO.

Gorzej niestety wygląda sytuacja z przetargami na system obrony przeciwlotniczej Wisła i Narew, śmigłowce wielozadaniowe i uderzeniowe, czy też wreszcie ze znajdującą się niezmiennie w powijakach kwestią kupna systemu artylerii rakietowej w ramach programu Homar.

Najzabawniejszym wnioskiem, który wynika z analizy tego, co realnie w naszych siłach zbrojnych kiedykolwiek kupiono jest taki, że co prawda kłócą się ze sobą PO i PiS, ale najwięcej sprzętu kupiono w okresie rządów SLD (a najnowocześniejszą jednostkę czyli słynny GROM stworzył b. oficer SB). Okazuje się oto, że najbardziej Rosjan obawiali się byli komuniści. Może dlatego, że znali przeciwnika?

WITOLD JURASZ, ONET.PL

Polub Dziennik Polityczny na Facebooku:

Dzielić się ze znajomymi!

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*