Polska opuści Unię Europejską? Od wczoraj to realne

Po szalonym maratonie legislacyjnym, wielokrotnie naruszając sejmowy regulamin (o parlamentarnych obyczajach nie wspominając), zdominowany przez PiS Sejm przegłosował w czwartek po południu ustawę o Sądzie Najwyższym. Daje ona rządzącej partii możliwość całkowitej wymiany sędziów SN i – wspólnie z ustawami o KRS i ustroju sądów – narzędzia bezprecedensowej w III RP kontroli nad sędziami, ich karierami, a pośrednio linią orzecznictwa.

Trzy ustawy teoretycznie zawetować jeszcze może Andrzej Duda. Nie jest to jednak prawdopodobny scenariusz. Choć we wtorek wydawało się, że prezydent w kwestii reformy sądownictwa gotowy jest do prowadzenia jakiejś samodzielnej gry, to wszystko wskazuje na to, że do środy rano Jarosławowi Kaczyńskiemu udało się opanować sytuację.

Nie liczcie na prezydenta

Główny postulat prezydenta – większość trzech piątych głosów przy wyborze przez Sejm sędziów do KRS – został włączony do ustawy o Sądzie Najwyższym. Nie uwzględniono co prawda poprawek Andrzeja Dudy, zwiększających jego uprawnienia wobec SN, ale nic nie wskazuje, by z tego powodu był on gotowy do weta. Prezydent nie próbuje nawet mediować między swoim obozem a opozycją, odmówił spotkania z Donaldem Tuskiem, oferującym pomoc w tej sprawie. Od tygodni głowa państwa pozostaje też głucha na argumenty środowisk akademickich, sędziowskich, głosy międzynarodowej opinii publicznej i instytucji europejskich.

Jak donosi „Gazeta Wyborcza” głowa państwa przebywa obecnie na urlopie na Półwyspie Helskim. Tłumy pod Pałacem Prezydenckim protestują więc przed pustym budynkiem. Brak głowy państwa w stolicy w momencie tak budzącego emocje politycznego przesilenia, jest dla prezydenta kompromitujący i potwierdza raz jeszcze, że trudno traktować go jako poważnego, samodzielnego gracza.

Sądy ujarzmione

Co to wszystko oznacza? Że Polska demokracja wkracza właśnie w post-konstytucyjną fazę. Zamach PiS na konstytucję, jaki zaczął się wraz z przejmowaniem przez tę partię Trybunału Konstytucyjnego, dopełnia się.

Reformy Ziobry znoszą praktycznie konstytucyjny trójpodział władzy. Sądy przestaną być trzecią władzą, cieszącą się niezależnością od dwóch poprzednich i zdolną do ich realnej kontroli. Czym się w takim razie stają? Czymś w rodzaju kolejnego departamentu ministerstwa sprawiedliwości. Dzięki narzędziom, jakie nowe reformy dają do ręki Ziobro, sędziowie zmienią się w podległych mu urzędników.

Co najważniejsze, zamach na niezależność sądów stawia pod znakiem zapytania realne egzekwowanie przez obywateli ich zapisanych w konstytucji praw. Prawa człowieka i obywatela istnieją bowiem tylko o tyle, o ile jesteśmy je w stanie wyegzekwować w sporze z rządem, pracodawcą, kontrahentem. Bez autentycznie niezależnych sądów jest to w zasadzie niemożliwe.

Czy w sytuacji, gdy kariera sędziego zależy od ministra sprawiedliwości, na uczciwy wyrok będzie mógł liczyć dziennikarz, któremu proces o zniesławienie wytoczył kolega ministra z rządu? Rodzina chłopaka, który w tajemniczych okolicznościach zginął w trakcie przesłuchania na komisariacie albo w areszcie śledczym? Podwykonawca wielkiej spółki skarbu państwa, twierdzący, że oszukano go przy rozliczeniu? Pracownicy bezprawnie zwolnieni z firmy przedsiębiorcy hojnie wspierającego bliskie polityce historycznej rządzących inicjatywy?

Demokracja bez trybu

Gdy w trakcie debaty nad reformą SN prezes Sądu, Małgorzata Gersdorf, powiedziała, że suwerenem jest konstytucja, odpowiedział jej śmiech z ław PiS. Tymczasem miała rację. W przerwie między wyborami to właśnie konstytucja jest najmocniejszym wyrazem woli suwerena, jakim jest ogół obywateli. To konstytucja określa ramy prowadzenia polityki. PiS nigdy nie chciał zgodzić się z tymi ramami, dążył do tego, by konstytucję jako wyraz woli demokratycznego suwerena, zastąpiła decyzja aktualnej parlamentarnej większości, a ściślej rzecz ujmując jej lidera.

Po tym, gdy partia władzy opanuje już sądy, nic nie będzie stało na przeszkodzie, by suwerenem zamiast konstytucji uczynić Jarosława Kaczyńskiego. Symbolem tego nowego porządku może być wtargnięcie prezesa PiS na mównicę we wtorek w nocy z uzasadnieniem „ja bez żadnego trybu”. Tak teraz, bez żadnego trybu, bez poszanowania dla istniejących przepisów, obyczajów i obowiązków państwa, będzie wyglądała w Polsce polityka.

Jednocześnie ta polityka budzi i budzić będzie potężny społeczny opór. PiS ma dla swoich zmian bardzo płytką legitymację. Ustawy o KRS o mało co nie utrącił bojkot całej opozycji (łącznie z Kukizem), usiłującej zerwać kworum. Za ustawą o reformie Sądu Najwyższego głosowało tylko 235 posłów, w tym 231 z PiS. Poza zawsze głosującym z rządem kołem Wolni i Solidarni Kornela Morawieckiego i jednym posłem niezrzeszonym, PiS nie przekonał żadnego posła opozycji – nawet z Kukiz ’15 – do głosowania za reformą. Ustawę faktycznie zmieniającą konstytucję przyjęła większość reprezentująca mniej niż jedną piątą uprawnionych do głosowania.

PiS czekają teraz kolejne protesty przeciw reformie, swoją skalą przypominające te przeciw ACTA czy czarny marsz. W czwartek wieczór łańcuchy światła zapaliły się także w takich miejscach jak Augustów, Chrzanów, Iława, Płońsk, Sochaczew, Zamość i wielu, wielu innych. PiS reformą sądów udało się wzbudzić wściekłość nie tylko wielkich miast, ale także polski powiatowej, która miała być bastionem obecnej parlamentarnej większości.

Te protesty nie powstrzymają pewnie wprowadzenia w życia tych trzech ustaw. Pokazują jednak cenę, jaką płaci za ich przeprowadzenie PiS. Jest nią dalsza skrajna społeczna polaryzacja, uniemożliwiająca w zasadzie prowadzenie normalnej polityki. Po tym jak przy procedowaniu ustawy o SN opozycja została upokorzona w Sejmie, trudno sobie wyobrazić by wróciła do normalnej, politycznej gry w parlamencie. PiS ciągle zarzuca opozycji totalność, ale sposób procedowania ustawy o SN w zasadzie nie pozostawia opozycji innego wyboru niż całkowity opór i mobilizacja na ulicach. Nieunikniona w takiej sytuacji eskalacja napięcia może uruchomić zupełnie nieprzewidywalne sekwencje wydarzeń, zdolne politycznie zaszkodzić także rządzącej większości.

Widmo Polexitu

Polaryzację napędzać będzie także to, iż reformy PiS nie zostaną bez odpowiedzi Europy. Już w przyszłym tygodniu zajmie się nimi krytycznie wypowiadająca się o wszystkich trzech projektach Komisja Europejska. Wątpliwe jest oczywiście nałożenie na Polskę sankcji, odbierających nam prawo głosu w unijnych instytucjach. Przed tym Kaczyńskiego uchroni pewnie weto Węgier. Ale sama KE, przy pomocy Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości w Luksemburgu, może nałożyć na Polskę surowe finansowe kary.

Polscy sędziowie są bowiem strażnikami nie tylko polskiego, ale także unijnego prawa. Ich zależność od rządu narusza prawo do uczciwego, bezstronnego procesu wszystkich obywateli UE mieszkających w Polsce, robiących z Polską interesy itd. Unia ma więc powody do niepokoju i interwencji. Groźba podobnych finansowych sankcji skłoniła Viktora Orbána do wycofania się z części rozwiązań, przypominających reformy PiS.

Oczywiście, Kaczyński może się nie ugiąć, a rozprawa z ETS ciągnąć się latami. Nawet w takiej sytuacji Polska zapłaci za to cenę jeszcze głębszej izolacji w Europie. Jak donoszą media, powołując się na przecieki z francuskiego MSZ, Francja rozważa odwołanie planowanego na sierpień szczytu Trójkąta Weimarskiego. W dyskusjach nad przyszłą perspektywą budżetową Unii problemy z przestrzeganiem przez nasz kraj zasad praworządności może służyć jako argument dla obcięcia środków dla Polski.

Spór Unią uruchomi w Polsce jeszcze silniejszą antyunijną propagandę prorządowych mediów, znów polaryzując opinię publiczną. Lęk przed sprowokowanym przez władzę PiS Polexitem może jednak uruchomić opór wobec partii, zdolny w końcu pozbawić ją władzy.

Jak nie przegrać ustawionej gry?

Opozycja i niegodzący się na metody władzy obywatele nie powinna więc w żadnym wypadku składać broni. Społeczna mobilizacja – od social mediów po ulicę – jest teraz kluczowa. Najpóźniej do końca roku, gdy wybierze nową KRS i skład SN, PiS zyska potężne narzędzia do tego, by każdej opozycji utrudnić życie. By bez powodów oskarżać i skazywać politycznych przeciwników, nękać procesowo nieposłusznych związkowców, czy media. Ale od sprzeciwu opinii publicznej zależy, w jakim stopniu z tych narzędzi odważy się skorzystać. Opozycja musi przekonać obywateli, że są w stanie sprawić, by każde przekroczenie zasad było dla PiS naprawdę politycznie kosztowne.

Przed liderami polski demokratycznej – od Zandberga i Dziemianowicz-Bąk, Barbarę Nowacką, Biedronia i Kosiniaka-Kamysza, po Trzaskowskiego i Lubnauer wielki polityczny test, być może najtrudniejszy w ich politycznym życiu. Gra toczy się o najwyższe stawki – czy symbolicznie i instytucjonalnie pozostajemy w Europie. Przeciwnik gra znaczonymi kartami, sam w dodatku sędziuje w tej grze. Ale i szulera można zmusić, by wywrócił się na swoich szachrajstwach. Kupiony sędzia nie zawsze jest w stanie wydrukować każdy wynik. To bardzo słaba nadzieja – ale innych demokratyczna strona dziś nie ma.

JAKUB MAJMUREK

Polub Dziennik Polityczny na Facebooku:

Dzielić się ze znajomymi!

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*