Świat boi się nuklearnej wojny, w Polsce tematu nie ma

W połowie marca aktywiści z holenderskiej organizacji Disarm włamali się na teren bazy Królewskich Sił Powietrznych w Volkel.

Stacjonujący tam lotnicy odpowiadają za bezpieczeństwo przestrzeni powietrznej Holandii, ale aktywistów nie interesowały F-16. Udali się prosto pod bunkry, gdzie przechowywane jest uzbrojenie specjalnego przeznaczenia. Amerykańskie B61 z głowicami termojądrowymi – lotnicze bomby atomowe, które mogą być przenoszone przez myśliwce.

Zanim żołnierze aresztowali czterech członków Disarm, aktywiści zdążyli zrobić sobie kilka zdjęć przy bunkrach. Chcieli pokazać, jak łatwo dostać się na teren bazy, wysyłając jednocześnie wiadomość do prezydenta USA. „Domagamy się, aby bomby atomowe przechowywane na terytorium naszego kraju zostały zwrócone Barackowi Obamie” – napisali w wydanym później oświadczeniu.

Może nie każdy zdaje sobie z tego sprawę, ale amerykańska broń jądrowa jest rozsiana po całej zachodniej Europie. Zgrabnie pokazuje to kartka pocztowa wydana przez holenderskie stowarzyszenie PAX. Umieszczono na niej znaczki pocztowe z Holandii, Belgii, Niemiec, Włoch i Turcji. W każdym z tych krajów jest od 20 do 50 amerykańskich bomb. Według danych Federacji Amerykańskich Naukowców z 2014 roku w sumie 180.

W czasie pokoju są pod kontrolą amerykańskiego wojska. Gdy wybuchnie wojna, kontrolę nad arsenałem przejmie NATO. W razie potrzeby B61 zostaną zamontowane na tureckich, niemieckich czy holenderskich samolotach i polecą nad cel. Ten układ jest zwany „współużytkowaniem nuklearnym” i jest częścią strategii odstraszania Paktu Północnoatlantyckiego.

Własne arsenały mają jeszcze europejskie potęgi nuklearne. Wielka Brytania ma 300 głowic jądrowych, Francja 225, a Rosja 8,5 tys. PAX przykleja kolejne znaczki na swojej kartce, w sumie osiem, i „pozdrawia z nuklearnej Europy”.

Gdy wybuchł konflikt ukraiński, rosyjski MON przypomniał światu, że Moskwa trzyma palec na „atomowym przycisku”. – Potencjał nuklearny Rosji na ziemi, w morzu i powietrzu pozostaje w stałej gotowości bojowej – raportował minister obrony Siergiej Szojgu. To tylko jeden z sygnałów, że kreślona przez prezydenta Baracka Obamę wizja świata bez broni atomowej w najlepszym razie pozostaje odległa.

Jak bomba zabiła moich znajomych na Facebooku

Obecność broni jądrowej spędza sen z powiek holenderskim aktywistom. Naciskają na polityków. Ujawniają, które instytucje finansowe inwestują w firmy zajmujące się produkcją i modernizacją broni nuklearnej. Przygotowują raporty opisujące np. skutki ataku jądrowego na Rotterdam. Albo aplikacje na Facebooka „Ilu twoich przyjaciół przeżyje wybuch bomby atomowej” . Rosyjski pocisk Topol-M, który zrzuciłem na centrum Warszawy, zabił moich 25 znajomych. Kolejnych ośmiu w ciągu dziewięciu lat umrze na skutek napromieniowania.

W Polsce ten temat praktycznie nie istnieje. Paradoksalnie, jeśli Polacy obawiają się energii jądrowej, to jej pokojowej formy – z elektrowni, którą chce zbudować rząd. Może dlatego nikt nie zachęca polskich organizacji pozarządowych, aby wspierały międzynarodowy ruch rozbrojeniowy. A może nie ma kogo zachęcać, bo Polacy się bronią jądrową specjalnie nie interesują.

– Byłam w Polsce, aby opowiedzieć, co przeżyłam po wybuchu bomby zrzuconej na Hiroszimę. Odniosłam wrażenie, że ani uczniowie, ani nauczyciele nie byli tym zainteresowani. Bardziej interesowała ich kultura Japonii – mówi Emiko Okada, 77-letnia Japonka, która w wieku 8 lat przeżyła atak na Hiroszimę. Gdy opowiada o żywych jeszcze ludziach, którym płaty skóry odpadały od ciała, nawet tłumaczowi łamie się głos. – Ludzie muszą wiedzieć, jakie są konsekwencje użycia tej broni. Musimy zrobić wszystko, aby do tego nie doszło nigdy więcej – mówi.

Za odstraszaniem kryje się niewyobrażalny horror

– W prawie 25 lat po zakończeniu zimnej wojny na całym świecie pozostaje ok. 17 tys. głowic jądrowych. 2 tys. z nich jest utrzymywane w stanie najwyższej gotowości i może być użyte w każdej chwili. Służą do, jak to jest eufemistycznie nazywane, „odstraszania”. Ale to odstraszanie jest w rzeczywistości groźbą niewyobrażalnego horroru, która pozostaje podstawą międzynarodowego systemu bezpieczeństwa – mówi „Wyborczej” Yasuyoshi Komizo, sekretarz generalny międzynarodowej organizacji Burmistrzowie dla Pokoju.

Nominowani do Pokojowej Nagrody Nobla „Burmistrzowie” powstali w 1982 roku w Hiroszimie i dziś zrzeszają 6 tys. samorządów z całej kuli ziemskiej. Podkreślają, że promowaną przez nich ideę globalnego zera – świata bez broni nuklearnej – popiera miliard mieszkańców miast, jedna siódma ludzkiej populacji. W tym władze ośmiu miast z Polski: Poznania, Gdańska i kilku mniejszych miejscowości.

Organizacja domaga się, by państwa nuklearne wywiązały się z zobowiązań Układ o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej (Nuclear Non-Proliferation Treaty, NPT) z 1968 roku. Zabrania on mocarstwom nuklearnym (według traktatu to USA, Rosja, Chiny, Wielka Brytania i Francja) dzielenia się technologią budowy broni atomowej z państwami, które jej nie posiadają. „Burmistrzowie” przywołują artykuł VI NPT. Zobowiązuje mocarstwa nuklearne, aby „negocjowały w dobrej wierze w celu powstrzymania nuklearnego wyścigu zbrojeń” oraz dążyły do atomowego rozbrojenia. Problem w tym, że część mocarstw nuklearnych nawet nie podpisało NPT.

Korea wystąpiła. Izrael nigdy nie przystąpił

Nie kwapią się to tego ani Indie, ani Pakistan – oba skonfliktowane sporem o Kaszmir państwa posiadają broń jądrową. Ani Izrael, który jest nieoficjalnym mocarstwem nuklearnym – władze kraju nigdy tego nie przyznały. Korea Północna w 2003 roku wycofała się z układu i do dziś przeprowadziła trzy próby nuklearne. A Iran podpisał NPT, co nie powstrzymało tego kraju przed prowadzeniem programu nuklearnego. Jednak 94 proc. światowego arsenału jądrowego pozostaje w rękach USA i Rosji. To od decyzji tych dwóch państw będzie zależeć przyszłość broni nuklearnej.

– Dzisiaj jasno i z przekonaniem ogłaszam zobowiązanie USA do poszukiwania pokoju i bezpieczeństwa świata bez broni nuklearnej – ogłosił w 2009 roku w Pradze prezydent USA Barack Obama.

Rok później razem z prezydentem Rosji Dmitrijem Miedwiediewem podpisali Nowy START. Traktat zakłada, że w 2018 roku każda ze stron będzie mogła mieć najwyżej 1550 głowic nuklearnych gotowych do bojowego użycia. Taki potencjał jądrowy i tak wystarczyłby USA i Rosji do wzajemnego unicestwienia.

Ukraina położy się cieniem na rozbrojeniu nuklearnym

Obama nazwał Nowy START „zaledwie małym krokiem na długiej drodze do rozbrojenia”. W ubiegłym roku proponował Rosji wykonanie kolejnego – ograniczenie limitu do 1000 głowic po każdej ze stron. – Nie pozwolimy na naruszenie równowagi systemu odstraszania strategicznego ani na osłabienie naszych sił jądrowych – odpowiedział mu prezydent Rosji Władimir Putin. Trudno oczekiwać, że Kreml zmieni swoją politykę po wybuchu konfliktu na Ukrainie.

Skutki zajęcia Krymu nie ograniczą się do pogorszenia relacji pomiędzy Moskwą a Zachodem. Mogą położyć się cieniem na przyszłych negocjacjach z państwami, które mają broń jądrową.

W 1994 r. Rosja, USA i Wielka Brytania podpisały Memorandum Budapeszteńskie. Zobowiązały się respektować suwerenność i integralność terytorialną Ukrainy. W zamian Ukraina zrezygnowała z arsenału jądrowego, jaki odziedziczyła po ZSSR.

– Rosja, naruszając integralność terytorialną Ukrainy, złamała dane gwarancje, i to jest dziś poważny problem. Wszyscy zdają sobie sprawę, że będzie to miało poważne konsekwencje dla procesu rozbrojeniowego, chociaż na razie nie można ich jeszcze jasno i czytelnie określić – mówi Michał Polakow, wicedyrektor Departamentu Polityki i Bezpieczeństwa MSZ.

Polska popiera rozbrojenie, ale…

W kwietniu polska dyplomacja ostrzegała przed skutkami nierespektowania gwarancji na forum Inicjatywy ds. Nieproliferacji i Rozbrojenia (Non-Proliferation & Disarmament Initiative – NPDI) w Hiroszimie. To grupa 12 państw – obok Polski m.in. Japonia, Niemcy, Holandia, Kanada, Australia i Zjednoczone Emiraty Arabskie – powołana, aby zapobiegać rozprzestrzenianiu broni jądrowej i przyspieszyć rozbrojenie nuklearne. „Podkreślamy potrzebę dalszych redukcji arsenałów nuklearnych przez wszystkie państwa, które je posiadają. Tylko całkowita eliminacja broni jądrowej da gwarancję, że nie zostanie więcej użyta” – stwierdzają dyplomaci w przyjętym w Hiroszimie oświadczeniu.

– Globalne zero jest realne? Wierzy pan, że na przykład Rosja czy Korea Północna zrezygnują kiedyś ze swoich arsenałów? – pytam dyrektora Polakowa.

– To nie jest kwestia wiary. To jest kwestia zobowiązań, już rozpoczętych procesów, które etapami mogą doprowadzić do rozbrojenia. Podzielamy wizję ogłoszoną przez prezydenta Baracka Obamę, ale to jest proces, który potrwa – mówi Polakow.

Potrwa także dlatego, że żadna ze stron nie zrezygnuje z broni nuklearnej, jeśli ta pozostanie w rękach drugiej strony. Dużo bardziej prawdopodobne jest utrzymanie status quo. – Polska jest członkiem NATO, który opiera swoją strategię bezpieczeństwa również na odstraszaniu nuklearnym. Jesteśmy wierni naszym sojuszniczym zobowiązaniom. Redukcje arsenałów powinny mieć charakter wzajemny – mówi wicedyrektor Departamentu Polityki i Bezpieczeństwa MSZ.

Nuklearna triada pozostaje w pełnej gotowości

Gdy wybuchł konflikt ukraiński, rosyjski MON przypomniał światu, że Moskwa trzyma palec na „atomowym przycisku”. – Potencjał nuklearny Rosji na ziemi, morzu i w powietrzu pozostaje w stałej gotowości bojowej. Realizujemy jej planowe uzupełnianie o nowoczesne systemy rakietowe dysponujące podwyższonym potencjałem bojowym – raportował minister obrony Rosji Siergiej Szojgu.

Na początku marca Rosja przeprowadziła test międzykontynentalnego pocisku balistycznego Topol-M. Ma zasięg 10 tys. km i może być uzbrojony w ładunek jądrowy. Rakietę wystrzelono z poligonu Kapustnyj Jar, około 450 km od granicy z Ukrainą.

Prace nad bronią atomową trwają także w USA, o czym przypomina stojący w Hiroszimie „zegar pokoju”. Odlicza czas od ostatniej próby nuklearnej i został zresetowany we wrześniu ubiegłego roku, gdy amerykańska Narodowa Administracja Bezpieczeństwa Jądrowego poinformowała o przeprowadzeniu kolejnego w ostatnich latach testu subkrytycznego. To doświadczenia z użyciem niedużych ilości plutonu, które dostarczają danych potrzebnych do oceny bezpieczeństwa i skuteczności broni atomowej. Nie towarzyszą im wybuchy jądrowe, więc w odróżnieniu od tradycyjnych prób nie zakazuje ich żaden międzynarodowy traktat.

„Powtarzające się testy subkrytyczne odbierają nadzieję milionom ludzi, którzy na całym świecie dążą do globalnego zera. Wzbudzają też podejrzenia odnośnie pańskiego zaangażowania na rzecz świata bez broni atomowej” – pisał w liście do prezydenta Obamy Kazumi Matsui, burmistrz Hiroszimy i przewodniczący Burmistrzów dla Pokoju.

„Mocarstwa nuklearne nadal traktują broń jądrową jako niezbędny element swojej polityki bezpieczeństwa. Żadne nie wykonało konkretnego kroku, aby zrezygnować ze swojego arsenału. Chociaż problemy towarzyszące nierozprzestrzenianiu broni jądrowej i rozbrojeniu się pogłębiają, wysiłki, aby je rozwiązać, postępują w ślimaczym tempie” – stwierdza przygotowany przez japońskie Centrum Promocji Rozbrojenia i Nieproliferacji Raport Hiroszimski z 2014 roku.

„Perspektywa świata bez broni nuklearnej w najlepszym razie pozostaje odległa” – podsumowuje.

Polub Dziennik Polityczny na Facebooku:

Dzielić się ze znajomymi!

1 Komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*